Kiedy człowiek tak po kokardę zanurzony jest w swojej pracy… – rozmowa z Elżbietą Wasiuczyńską

Staram się zawsze, żeby ilustracje oddawały nastrój tekstu. Jeśli bajka obfituje w dramatyczne wydarzenia, są w niej postacie groźne, złe, niepokojące – pokazuję to w ilustracjach – mówi Elżbieta Wasiuczyńska w rozmowie z Agnieszką Sikorską-Celejewską.

ASC: Chyba nie przesadzę, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że Pan Kuleczka z ferajną to najbardziej popularni bohaterowie naszej współczesnej literatury dziecięcej. Katastrofa i Pypeć, którzy zawiśli na ścianie w pokoju moich dzieci, są bez pudła rozpoznawani przez wszystkich gości…

EW: Bardzo nas z Wojciechem Widłakiem to zakuleczkowanie społeczeństwa cieszy. I niezmiennie zadziwia. Popularne są też dwie arcysympatyczne literackie dziewczyny – ” Florka ” Roksany Jędrzejewskiej Wróbel i Jony Jung i „Basia” Zosi Staneckiej i Marianny Oklejak.

ASC: Pisarze dziwią się, gdy ilustrator przedstawia im, jak wyglądają wymyślone przez nich postacie (wiem to od Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel). A jak Ty się czułaś, zobaczywszy po raz pierwszy Pana Kuleczkę w trójwymiarze (mam na myśli postacie robione przez Kasię B.)?

EW: Zareagowałam dosyć typowo, wydając z siebie dźwięk o wysokiej częstotliwości – jakieś ooooojeeeejjjuualeśliiiczne. Teraz, podpisując książki na targach, słyszę tę mantrę w wykonaniu niewiast od lat trzech do siedemdziesięciu paru. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że zrobienie takiej figurki kosztuje Kasię – Wirtuozkę Szydła – kilkanaście godzin pracy.
To nie był jednak pierwszy Kulka w trójwymiarze, jakiego zobaczyłam. Dostajemy z Wojtkiem od czytelników rozczulające, kulfoniaste wytwory plastelinowe i arcyprecyzyjne figurki z modeliny (mucha Bzyk Bzyk o rozstawie skrzydeł 1,5 mm, lub oddany z chirurgiczną precyzją splot Pypciowego dywanika). Czytelnicy dają nam wydzieranki, portrety Pana Q. układane z małych kuleczek bibuły, malunki, Katastrofopodobne pluszaki, rysunki i opowiadania spięte w formę książki.
Te objawy sympatii czytelników sprawiają, że robienie książek dla dzieci jest najmilszym zawodem na świecie.

Elżbieta Wasiuczyńska_2

ASC: Z zazdrością patrzę na to, jak swoich bohaterów literackich traktują Szwedzi. Ale Wy też macie szczęście, bo dookoła Pana Kuleczki dużo się dzieje. Mamy kalendarze, obrazki, puzzle… i może jeszcze jakieś niespodzianki w zanadrzu?

EW: Z Beatą, właścicielką firmy „Kropka”, która wydała puzzle i plakat z kuleczkowym alfabetem, myślimy o przytulance – Myszy Wiszy. Jest już przygotowany prototyp.

ASC: Kiedy oglądam niektóre z Twoich ilustracji, uderza mnie ich smutek. Ciemne odcienie, rozmazane, mało wyraziste twarze… Na przykład te w bajce o „Złotej rybce” lub „Panu Twardowskim” z kolekcji „Dziecka”. Zastanawiam się, czy to zamierzony efekt, bo wydaje mi się, że Twoim ilustratorskim mottem przewodnim jest jednak ciepło i pogoda?

EW: Kiedy człowiek tak po kokardę zanurzony jest w swojej pracy, każdy wytwór ręki jest po trosze jego autoportretem. We mnie takie dryfowanie w stronę pogody i harmonii rzeczywiście jest. Staram się jednak ZAWSZE, żeby ilustracje oddawały nastrój tekstu. Jeśli bajka obfituje w dramatyczne wydarzenia, są w niej postacie groźne, złe, niepokojące – pokazuję to w ilustracjach.
Klasyczne bajki są tak naprawdę opowieścią o walce dobra ze złem. Jeśli przesłanie ma być klarowne dla dziecka, to zło trzeba nazwać po imieniu. Smutek osieroconego , opuszczonego , zagubionego bohatera trzeba nazwać smutkiem. Niesprawiedliwość – niesprawiedliwością. Inaczej wypaczy się sens tych historii. Jeśli Babę Jagę z bajki o Jasiu i Małgosi przedstawię li i jedynie jako ekscentryczną, sympatyczną babunię w szałowym domku, dziecko nie zrozumie, dlaczego musiała spłonąć w piecu. Jeśli imć Twardowskiego będzie nakłaniał do spisania cyrografu ciapowaty diabeł – poczciwina, mały czytelnik zostanie wpuszczony przeze mnie w maliny. Mogą to być urocze maliny, malownicze maliny, zabawne maliny, maliny milusie, słodziusie, ale malinami – błędnym wmanewrowaniem – pozostaną.

ASC: Twoja ostatnio wydana, autorska książka to: „Mój pierwszy alfabet”. Czy zasiadając do pracy nad nią, poznałaś wszystkie „alfabetyczne” książki, czy też wolałaś nie zaglądać, aby móc się zdystansować?

EW: Nie mogę się oprzeć książkom i oglądam zachłannie wszystko, co mnie zaintryguje. Boję się rzeczywiście zapatrzenia w wizję kogoś lepszego ode mnie. Boję się bezwiednej kradzieży pomysłu. Czasem coś zachwycającego zostaje na dnie pamięci i można to odczytać jako własny pomysł, wprost kawałek siebie. Jednak kiedy dużo się pracuje, to nawet taką „pożyczkę” przetrawia się po swojemu.

Elżbieta Wasiuczyńska_1

ASC: Ciekawa jestem, jak dobierałaś przedmioty do narysowania przy okazji każdej literki. Dlaczego na „b” mamy bałwana, balon i biedronkę, a na „s” słońce, samochód, serce i słonia?

EW: Starałam się dobrać takie wyrazy, które nie mają synonimów, znane są nawet malutkim dzieciom, no i dają się przedstawić w uproszczonej graficznie formie. Chciałam też, żeby uważny maluch, bawiąc się książką, mógł łączyć wyrazy w grupy.
Są pojazdy: hulajnoga, rower, samochód, traktor, autobus; owoce: gruszka, jabłko, truskawka, arbuz; zwierzaki skrzydlate: łabędź, ważka, biedronka, motyl, dzięcioł; te, które żyją w wodzie: wieloryb, ośmiornica, rybki i te, które potrafią żyć i na lądzie i w wodzie: hipopotam, żaba, foka, łabędź. Można znaleźć w książce kilka instrumentów muzycznych: trąbkę, bębenek, flet, cymbałki.
Oczywiście rodzic może wprowadzać własne kryteria wyszukiwania – wymień największe i najmniejsze zwierzę; pokaż paluszkiem wszystko, co kojarzy się z jedzeniem; wymień z pamięci zwierzaki, które mają cztery nogi; znajdź na ilustracji jak najwięcej przedmiotów zaczynających się na tę sama literę itd.
To taki rodzaj książki, która dzięki inwencji rodziców, może rosnąć razem z czytelnikiem. Dzięki niej można trenować pamięć, spostrzegawczość, uczyć dziecko kojarzenia podobieństw, poszerzać wokabularzyk malucha. Co istotne dla najmłodszych – „Mój pierwszy alfabet” ma tekturowe, łatwo zmywalne sztywne kartki o zaokrąglonych rogach.

ASC: Twoich małych czytelników powinna ucieszyć zapowiadana książka o autach i innych pojazdach. Czy jest już skończona?

EW: Zorientowałam się, że pośród wydziubdzianych w polarze żaglówek, łodzi podwodnych, rakiet kosmicznych i innych odlotowych helikopterów nie ma np. poczciwego pociągu, ani autobusu. Muszę to nadrobić. Mam nadzieję, że książka wyjdzie w przyszłym roku.

ASC: Twoje ilustracje do „Królowej Śniegu” Andersena (wydanej niedawno przez Media Rodzina) to prawdziwe, zachwycające w każdym szczególe, pełne czaru i poezji dzieło sztuki. Wydaje mi się, że namalowanie czegoś takiego wymagało nawiązania z tekstem szczególnego kontaktu. Opowiesz nam, jak to było?

EW: Miałam dziką tremę przed tą pracą. Po raz pierwszy robiłam ilustracje skierowane do starszych dzieci. Tekst „Królowej Śniegu” niby znany i oczywisty, absolutnie mnie zaczarował. I wzruszył. To opowieść o dojrzewaniu. O trudnej drodze do samego siebie. Andersen dotyka lęku, właściwego chyba nam wszystkim – lęku przed utratą tych, których kochamy.
Gerda – jak na baśniową bohaterkę jest niezwykła – nie czeka w wieży, ni w szklanej trumience na księcia. Dzielnie walczy o swoje. Nie daje się zwieść ani zimnej, racjonalnej ocenie, ani konformizmowi, którym stara się ją obezwładnić Staruszka w ogrodzie, ani strachowi przed nieznanym. Gerda ufa, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Idzie na sam kraniec świata, żeby odnaleźć część siebie – Kaja i jego zamrożone serce.
Ponieważ opowieść Andersena jest tak subtelna, wielowątkowa i niejednoznaczna, starałam się w ilustracjach dać dużo przestrzeni dla wyobraźni, przeczuć i interpretacji czytelnika. Ten tekst bowiem jest rodzajem zwierciadła – każdy zobaczy w nim siebie.

ASC: Czy w tej chwili odbywają się lub są planowane wystawy, na których będzie można nasycić się Twoją twórczością?

EW: Do końca grudnia można oglądać moje prace w bibliotece w Radomiu.
W przyszłym roku razem z Agnieszką Żelewską, Ewą i Pawłem Pawlakami planujemy wystawy w Cieszynie i Zielonej Górze. Na pewno będziemy zapraszać Qlturalnych Gości, choćby przez blog http://polskailustracjadladzieci.blogspot.com.
Mamy nadzieję, że „Bakcyl sztuki” – akcja prowadzona przez Anię Łukasik, ruszy w Polskę.

ASC: Mam wrażenie, że jesteś nie tylko ilustratorką, ale też znawczynią i wielbicielką literatury dziecięcej…

EW: Znawczyni to za duże słowo. Jestem tylko MANIACZKĄ. Udręczona rodzina zamyka się przede mną w łazience, a ja próbuję jeszcze przez szybkę dopowiedzieć coś o pięknej książce, którą czytałam niedawno.

ASC: Czy Twoja praca to raczej udawanie się do wydawcy ze swoimi propozycjami, czy czekanie w domu na zlecenia?

EW: Realizowanie własnych pomysłów jest bardzo przyjemne, do takiej pracy trzeba mieć jednak spory komfort. Trzeba liczyć się z tym,że przez 2 – 3 miesiące nie będzie zarabiać się pieniędzy , że pomysł albo realizacja nie wypalą, albo nikt nie będzie chciał tego wydać. Ryzyko jest równie duże, jak frajda z robienia tego, co akurat tupie człowiekowi po głowie.

ASC: A może masz jakieś życzenie do dobrej Wróżki Ilustratorskiej?

EW: O Dobra Wróżko! Natchnij zacnego, hojnego wydawcę, żeby zlecił mi zilustrowanie wierszy Brzechwy. Natchnij i mnie, żebym zrobiła to dobrze.

Z Elżbietą Wasiuczyńską specjalnie dla czytelników portalu Qlturka.pl rozmawiała Agnieszka Sikorska-Celejewska

Elżbieta Wasiuczyńska
fot. Marek Łątkowski

Elżbieta Wasiuczyńska studiowała na wydziałach malarstwa i grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Utalentowana ilustratorka, laureatka licznych prestiżowych nagród i wyróżnień. Szczególną popularnością cieszą się ilustrowane przez nią opowiadania o Panu Kuleczce napisane przez Wojciecha Widłaka, a także książki z kolekcji „Dziecka”. Ostatnio wydana, w pełni autorska książka to: „Mój pierwszy alfabet”. Wkrótce możemy spodziewać się kolejnej – tym razem cieszyć oko będą materiałowe łodzie podwodne, rakiety kosmiczne i „odlotowe helikoptery”.

(Dodano: 2009-12-14)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz