Jeśli nie napiszę niczego przez kilka dni, czuję się dziwnie – wywiad z Martą Guśniowską

„[…] siada się i pisze – tak po prostu. Jakby ktoś dyktował. To wielka przyjemność – często sama nie wiem, co napiszę w następnej linijce. Albo wiem, co ma być, a wychodzi coś zupełnie innego – i to jest największa frajda” – w rozmowie z Agatą Hołubowską mówi dramatopisarka Marta Guśniowska.

Agata Hołubowska: Ile masz już premier za sobą?

Marta Guśniowska: Oj, nie wiem sama. Na pewno ponad pięćdziesiąt – do pięćdziesięciu liczyłam, ale później już przestałam.

AH: W tym ile zagranicznych? W jakich krajach?

MG: Rety, też nie liczyłam – nie jestem dobra w rachunkach – jak większość humanistów. Pierwsza była na Węgrzech, potem w Czechach – chyba ze dwie, na pewno dwie na Słowacji, w zaprzyjaźnionym Teatrze w Koszycach, też w Bośni i Hercegowinie oraz w Serbii… Chyba wszystko – ale nie pamiętam.

AH: Czy jest jeszcze w Polsce teatr dla dzieci, który nie wystawił żadnej Twojej sztuki?

MG: Owszem, znalazłoby się kilka. Choć muszę przyznać, że z większością rzeczywiście współpracuję dość często – z niektórymi nawet można by rzec, że na stałe.

AH: Zdobyłaś już chyba wszystkie możliwe nagrody dramaturgiczne w Polsce. Ile ich jest (jeśli w ogóle jesteś w stanie je zliczyć)? Czy bierzesz udział także w konkursach zagranicznych?

MG: Nie, no aż tak dobrze to nie jest – zostało jeszcze kilka nagród do zdobycia. W zagranicznych to jeszcze nie brałam udziału – może czas zacząć? Boję się jednak, że zabawy słowne, jakich się często dopuszczam, są nieprzetłumaczalne. Ale może znajdzie się jakiś odważny tłumacz Guśniowskiej. Jak dotąd najcudniejszy jest chorwacki Pero Mioc – cudownie przełożył i myśli, i słowa, choć – jak sam przyznał – kosztowało go to dużo pracy.

AH: Czy często zdarza Ci się otrzymywać zamówienia od teatrów? Czy lubisz pisać na zamówienie, czy raczej wolisz swoje tematy i tempo pisania?

MG: Zamówienia mam bardzo często. I nawet je lubię – choć oczywiście nie ma to, jak pisać własne historie, płynące z serca, a nie podrzucone. A i z zamówieniami różnie bywa – czasem teatry mają konkretne wymagania, a czasem dają mi wolną rękę – to lubię najbardziej.

AH: Czy można określić, ile przeciętnie zajmuje Ci napisanie jednej sztuki? Czy zdarza Ci się pisać kilka równolegle? Czy raczej nie zaczniesz kolejnej, dopóki ta pierwsza nie jest skończona?

MG: Piszę dość szybko. Moja pierwsza wystawiona sztuka, „Baśń o Rycerzu bez Konia” powstała w cztery wieczory. Ale do samego pisania należy doliczyć jeszcze proces myślowy, kiedy chodzi się z Bajką w Głowie, czasami kilka tygodni – niby się nie myśli o niej zbyt często, a jednak umysł pracuje. A potem siada się i pisze – tak po prostu. Jakby ktoś dyktował. To wielka przyjemność – często sama nie wiem, co napiszę w następnej linijce. Albo wiem, co ma być, a wychodzi coś zupełnie innego – i to jest największa frajda. Jeśli chodzi o równoległość – zdarza mi się czasem, ale raczej wolę pisać jedną po drugiej. Jak już wejdę do jednego Świata, to wolę w nim zostać do końca opowieści – a nie skakać po różnych.

AH: Piszesz głównie sztuki dla dzieci. Skąd akurat taki odbiorca? Czy często rozmawiasz z dziećmi?

MG: Ja sama jestem dzieckiem – takim wewnętrznym. Wiedzą o tym dobrze moi najbliżsi – szczególnie mój partner, który musi z moimi dziecięcymi cechami wytrzymywać. To wszystko, co piszę, wychodzi ze mnie. I choć niepopularne jest mówienie, że się pisze dla siebie, ja właśnie myślę, że to jest tak, jak z kupnem prezentu dla najlepszego przyjaciela – jeśli kupimy coś, co sami byśmy chcieli, bo jest takie super, to pewnie i on będzie zadowolony. Ja piszę takie bajki, jakie sama chciałbym oglądać. A jeśli chodzi o rozmowy z dziećmi, to mamy tu, w BTL, takie nasze kochane dzieciaki, które przychodzą na czytania bajek – czasami można się od nich wiele nauczyć.

AH: Zdarza Ci się jednak napisać coś dla dorosłych. Czy często to robisz?

MG: Owszem, zdarza się. Nieczęsto, ale czasem odskakuję od pisania dla „siebie i innych Dzieci” – żeby nabrać dystansu. Żeby podołać wyzwaniu. Zawsze jednak wracam do Bajek… Poza tym dla mnie nie tyle liczy się podział na „dla dzieci”- „dla dorosłych”, co „na Lalki” – „do dramatu”. I to jest dla mnie najważniejsze – największa Miłość – Lalki. Nawet, gdy piszę dla dorosłych, to zawsze jest z ukłonem w stronę Lalek.

AH: Dramatopisanie zaczęłaś właśnie od sztuki dla dorosłych, napisanej na konkurs „Szukamy Polskiego Szekspira”. Czy mogłabyś opowiedzieć o tym debiucie? Czy któraś z Twoich trzech sztuk napisanych na kolejne trzy edycje tego konkursu doczekała się wystawienia na scenie?

MG: O wystawieniach nic nie wiem – dawno to było… Ale historia mojego debiutu jest zabawna – napisałam tragedię, inspirowaną Szekspirem – poważną, ciężką, o miłości, zdradzie, zemście – wszystko, co trzeba, wszystko z ciężarem gatunku. Dostałam wyróżnienie. Czułam, że pisanie wielkich tragedii to coś dla mnie – po czym dowiedziałam się od mojej ówczesnej nauczycielki i mistrzyni, Lilki Bardijewskiej, że świetnie mi wyszedł ten „pastisz komedii fredrowskiej…”. Nie załamałam się jednak i zaczęłam pisać komedie.

AH: Co czułaś, gdy po raz pierwszy zobaczyłaś swoją sztukę na scenie? Co to było, gdzie i kiedy?

MG: To było cudowne uczucie! Pamiętam doskonale: „Baśń o Rycerzu bez Konia”, w reżyserii Janusza Ryl-Krystianowskiego, w Teatrze Animacji w Poznaniu (2005). Tadeusz Pajdała, który był jurorem poznańskim konkursie, gdzie „Rycerz” dostał wyróżnienie, podsunął tekst Januszowi – ten zaryzykował i wyszło piękne przedstawienie, które zebrało masę nagród na Festiwalu w Opolu – również dla mnie. Tam poznałam wielu wspaniałych ludzi Teatru Lalek, którzy przygarnęli mnie do swojego grona i tak już zostało.

AH: Czy zdarza Ci się często współpracować z reżyserami, scenografami? Czy pytają Cię o radę, czy raczej sami mają pomysły na realizację dramatów, niekoniecznie zgodną z Twoimi intencjami?

MG: Ma kilku takich Reżyserów, z którymi dobrze mi się współpracuje – najukochańszy był Petr Nosalek, którego niestety nie ma już z nami, a za którym wszyscy – i twórcy, i widzowie – bardzo tęsknimy. Lubię pracować z moim „Pierwszym” – Januszem Ryl-Krystianowskim, a także z Marianem Pecko – pięknie też wyszła współpraca z Markiem Zakosteleckym – znalazłoby się jeszcze kilku. Bardzo cenię sobie współpracę z Opolskim Teatrem – Krystian Kobyłka jest idealnym Dyrektorem, który zawsze daje mi wolną rękę, wierzy we mnie i świetnie się rozumiemy. A jeśli chodzi o moją wizję Bajki – nie przyzwyczajam się do niej, bo prawie zawsze jest inna – ale to też ma swoje uroki – lubię być zaskakiwana na premierze. Jedyne, czego nie znoszę, to dopisywanie własnych tekstów – skracać można do woli, choćby i pół bajki – ale dopisywanie nie wchodzi w grę.

AH: Czy jest sztuka (lub bohater), którą szczególnie lubisz?

MG: O rety, to tak jakby pytać, które dziecko kocha się najbardziej. Ale pewnie jest kilka takich… „Rycerz bez Konia” – bo pierwszy. „Wąż” (wspaniale zrealizowany we Wrocławskim Teatrze Lalek), „Brak Sensu, Aniołek, Żyrafa i Stołek” – bo to świeżutkie dziełko. „Ony” – bo jest całkiem inny, „Sir Camembert”, bo to dziwak, a ja takich lubię. „Lis” – bo to postać niezbyt pozytywna, a jednak jakoś Go lubię. I pewna Gęś, której nikt jeszcze nie zna, a z którą bardzo się lubimy, bo istnieje w rzeczywistości – tekst powstał z inspiracji niezwykle cudną i śmieszną Gęsią w czepku, sukience i galotach, którą dostałam od Mamy – takie rzeczy też mnie niezwykle inspirują.

AH: Która z Twoich sztuk jest (była) najczęściej wystawiana?

MG: Zdecydowanie „Baśń o Rycerzu bez Konia” – chyba z 10 razy. I szykują się następne.

AH: Czy myślisz o tym, by pokusić się kiedyś na reżyserię własnej sztuki? Czy może już masz takie doświadczenie za sobą?

MG: Szczerze mówiąc, często o tym myślę – ale nie wiem, czy się odważę. Byłam już inspicjentem, grałam Szczura w swoim „CDN”, co miesiąc reżyseruję czytania – od kilku lat. Chciałabym sprawdzić się i w tym – mam o tyle wygodną sytuację, że mogę sama sobie napisać tekst, sama sobie poskracać i sama ze sobą dyskutować – z dwóch punktów widzenia. Więc kto wie? Tekst by się nawet znalazł – teraz poszukamy odwagi.

AH: Czy z pisania z dramatów w Polsce da się żyć? Czy musisz łączyć twórczość z inną pracą?

MG: Da się. Przynajmniej w moim wypadku. Ale wliczamy w to oczywiście pisanie na zamówienie i pisanie adaptacji. Nie narzekam. Ale może dlatego, że jestem pracoholikiem – do czego się ostatnio przyznaję. Jeśli nie napiszę niczego, nawet najkrótszego akapitu, przez kilka dni – czuję się dziwnie.

AH: Co byś poradziła młodym dramatopisarzom? Co powinni zrobić ze swoimi tekstami, gdzie je wysłać, komu pokazać? Czy istnieje możliwość jakichś konsultacji?

MG: Pisać, pisać, pisać! Nie zrażać się, nie patrzeć na to, jak piszą inni – pisać po swojemu. Wysyłać na konkursy, a jakże – „Szukamy polskiego Szekspira” i do Poznania, na konkursy Centrum Sztuki Dziecka. I wierzyć w siebie – i w to, że marzenia się spełniają.

AH: Jakie jest Twoje marzenie jako dramatopisarki?

MG: Niechże się zastanowię… Pracowałam już z prawie wszystkimi Reżyserami, na których mi zależało… Moje bajki dobrze sobie radzą na scenach… Może czas na książkę? Na prozę? Czasem myślę o tym, że cudnie byłoby móc wziąć do ręki pięknie wydaną Książkę – wejść do księgarni i zobaczyć ją na półce. Tak, to chyba teraz jest marzenie. Tekstów mam wiele – jakby jeszcze znalazł się czas na wzięcie się do roboty, na rozmowy z wydawnictwami, to już w ogóle byłoby super.

AH: Dziękuję.

MG: Dziękuję również.

Marta Guśniowska

Marta Guśniowska – dramatopisarz, od 2007 roku dramaturg Białostockiego Teatru Lalek. Absolwentka Filozofii na Uniwersytecie Im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po studiach związana z poznańskim Teatrem Animacji i Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu.

Debiutowała w roku 2005 na scenie Teatru Animacji w Poznaniu sztuką „Baśń o Rycerzu bez Konia”. Od tamtej pory doczekała się ponad pięćdziesięciu realizacji swych tekstów w kraju i za granicą.
Współpracuje z większością Teatrów Lalek w Polsce.

Laureatka licznych konkursów, między innymi „Konkursu Na wystawienie Polskiej Sztuki współczesnej” oraz „Konkursu na Sztukę dla Dzieci i Młodzieży” – a także Brązowego Medalu „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis”.

(Dodano: 2013-11-06)