Nie chcę wiedzieć, kogo będę dubbingował – rozmowa z Andrzejem Grabowskim

Każdy film dla dzieci jest w jakiś sposób edukacyjny. Zwykle mówi o ludziach złych, którzy ponoszą karę, przegrywają, a wygrywa dobro – mówi aktor Andrzej Grabowski w rozmowie z Małgosią J. Berwid.

Małgosia J. Berwid: Czytałam, że nie lubi Pan żartować na pokaz. Czy będąc aktorem tak wszechstronnym, trudno jest zachować swoją prywatność tylko dla siebie?

Andrzej Grabowski: Oczywiście, że trudno. Teraz rozmawiam z Panią i też coś gram, dobieram słowa, nie mówię tak, jak zwykle mówię, staram się mówić ładniej i wyraźniej. Dobierać słowa, by te zdania były bardziej rozwinięte itd. No więc człowiek ciągle kogoś odgrywa…

MJB: Zakłada maskę…

AG: Tak właśnie. A prywatność w życiu aktora? To sprawa bardzo indywidualna. Jedni lubią grać całe życie i kreują się na kogoś, drudzy lubią się schować i natychmiast po występach wyjść i nie pokazywać się ludziom. Jeden człowiek jest taki, a drugi inny, ale wcale nie znaczy to, że jako aktor jeden jest dobry, a drugi nie.

MJB: Czy użyczając głosu szopowi wiedział Pan, że to taki pokrętny charakter?

AG: Nie, nie chciałem wiedzieć, kogo będę dubingował. Wolałem nie znać scenariusza filmu, ponieważ wtedy wyobrażałbym sobie własną wizję postaci i prawdopodobnie bym się wykłócał, czegoś bym nie chciał zagrać, uważałbym, że to nie tak. A kiedy powoli wczuwałem się w postać, naśladowałem to, co robił aktor, dostosowywałem emocje, to wszystko przyszło naturalnie.

MJB: Ależ to udało się Panu po mistrzowsku!

AG: Nie wiem, nie widziałem…

MJB: Naprawdę? Nie widział pan filmu? To niesamowite.

AG: Nie, nie widziałem i nawet nie chcę.

MJB: A może kiedyś?

AG: No może…(śmiech)

Andrzej Grabowski

MJB: Wielką sympatię widzów, nawet tych młodszych, zdobył Pan rolą Ferdynanda Kiepskiego. Czy lubi Pan tę postać?

AG: Kiedyś jej nie znosiłem, ale to było 15 lat temu. Teraz ją lubię. Jednak oprócz Ferdynanda Kiepskiego gram jeszcze bardzo wiele ról. Jeżeli powiemy o rolach teatralnych, to gram „Chorego z urojenia” Moliera, gram w sztuce Czechowa, w sześciu jednoaktówkach. I w bardzo wielu filmach.

MJB: Jak się Pan przygotowuje do dubbingu?

AG: Wcale się nie przygotowuję – bo cóż można przygotować? Przecież nie nauczy się człowiek kwestii na pamięć, tego się nie da zrobić. Trzeba po prostu oglądając to, co się widzi, po raz pierwszy zresztą, emocjonalnie, działać podobnie jak postać, którą się dubbinguje. Albo się ją lubi, albo nie, albo to przychodzi łatwiej, albo trudniej. Pierwszych piętnaście minut to zazwyczaj rozgrzewka.

MJB: A szopa? Polubił Pan?

AG: Czy ja wiem? Chyba nie. Najbardziej z dubbingowanych postaci polubiłem łosia z filmu „Mój brat niedźwiedź”. On był najbardziej abstrakcyjny dla mnie, dowcipny, podobał mi się. To była jedna z moich pierwszych ról w dubbingu.

MJB: Użyczał Pan głosu bohaterom w kilku filmach animowanych. Czy taka forma aktorstwa daje satysfakcję?

AG: Tak, tylko że w teatrze aktor spotyka się z żywą publicznością, w filmie dla dorosłych bywa się na premierze, widzi się reakcję ludzi. Przychodzą dorośli, którzy komentują itp. A w filmie dla dzieci? Dziecko na ulicy nie zaczepi, ono nawet nie wie, że to ja dubbingowałem.

MJB: Za to ono właśnie dzięki głosowi może daną postać polubić, lun nie.

AG: No właśnie, a ponieważ ja nie oglądam tego, co dubbinguję, z różnych względów, nie to, że nie lubię…

MJB: Może z braku czasu?

AG: Prawdopodobnie z braku czasu, więc nie odczuwam tej satysfakcji związanej z odbiorem przez widza.

MJB: A satysfakcja, że Pan to nagrał?

AG: Tak, ale musiałbym później ten film zobaczyć, a ja nigdy nie oglądam, wobec tego nie mam czegoś takiego. Gdybym zobaczył, to bym miał… albo i nie.

MJB: Dlaczego aktorzy decydują się na dubbing?

AG: Bo to leży w zakresie obowiązków aktora. Jedni się decydują, inni się nie decydują. Jedni chcieliby to robić, ale nikt im nie proponuje, inni chcieliby mniej, a mają dużo propozycji. To jest tak, jak to zwykle bywa w naszym zawodzie. Dubbing jest jedną z części składowych naszego zawodu.

MJB: Czy jest to chęć przeżycia innych wrażeń aktorskich?

AG: W pewnym sensie, bo cała trudność polega na tym, że człowiek ma bardzo wiele działań do zrobienia. Po pierwsze, nie znamy tekstu na pamięć, więc czytamy go, jednocześnie rzucając okiem na to, co się dzieje na ekranie. Najtrudniej jest na początku, gdy nie rozpoznaję głosu mojego bohatera, nie wiem, czy to mówi on, czy ktoś inny. I to nie dlatego, że zupełnie nie znam języków – angielski jako tako rozumiem, ale dlatego, że na ekranie jest olbrzymi harmider. Więc zanim nie wyłuskam tego głosu, nie przyzwyczaję się do jego brzmienia, to idzie jak po grudzie. Ale potem już jest dużo, dużo łatwiej. Z czasem nawet nie patrzę na ekran. Oglądamy pojedyncze sceny, potem gramy jedną scenę, albo jedną kwestię, albo jedno zdanie z kwestii, jedno ujęcie, westchnięcie, bo to jest bardzo koronkowa robota.

MJB: Ale efekt jest rewelacyjny. Byłam pewna, że Pan patrzy cały czas na postać, żeby idealnie dopasować kłapnięcia. Nie ma opóźnienia, nawet jednej ramki.

AG: To już bardziej zasługa realizatorów, niż moja.

MJB: Myślę, że dzięki Pana umiejętnościom nie mieli zbyt dużo pracy.

AG: W dubbingu czasem bywa tak, że trzeba zmieniać słowa, starając się nie zmienić treści. Chodzi o to, że w języku angielskim, w środku jest samogłoska, a w polskim tej samogłoski nie ma i zwierzątko rozdziawia gębę na „ a”, a tutaj słychać, że to jest „p”…

MJB: A powinno być?

AG: Powinno być „a” albo „e”, albo coś innego, co otwiera usta. Tak więc czasem szuka się tego słowa, szuka, szuka, aż wreszcie się znajduje. Po to, żeby otworzyć w danym momencie tę „gębę”.

MJB: Czy sądzi Pan, że postać szopa może być przykładem, jakim nie powinno się być?

AG: Każdy film dla dzieci jest w jakiś sposób edukacyjny. Zwykle mówi o ludziach złych, którzy ponoszą karę, przegrywają, a wygrywa dobro. I tak powinno być, bo dlaczego mamy dzieci od samego początku epatować tym, że w życiu może być czasem inaczej… One do pewnego momentu wierzą, że dobro zawsze wygrywa – szczególnie małe dzieci.

MJB: Czy na zakończenie naszej rozmowy może zaprosić Pan dzieci do kina?

AG: Oczywiście, że serdecznie zapraszam na film pt. „Gang wiewióra”. Bardzo możliwe, że się uśmieją, może się wzruszą, ale na pewno wyjdą z przeświadczeniem, że świat nie jest taki zły. I to jest ważne.

(Dodano: 2014-07-22)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz