Teatr to moje Kilimandżaro – rozmowa z Justyną Sobczyk, pedagogiem teatru

O kulturze warsztatowej polskich teatrów i o tym, dlaczego teatr jest ważny w życiu dziecka opowiada Justyna Sobczyk, pedagog teatru w Instytucie Teatralnym im. Z. Raszewskiego w Warszawie oraz założycielka Teatru 21, w którym pracuje teatralnie z młodzieżą z autyzmem i Zespołem Downa.

Zuzanna Matyjek: Jesteś pedagogiem teatru. Co to właściwie znaczy, czym się zajmujesz?

Justyna Sobczyk: Moja praca polega głównie na organizowaniu i prowadzeniu warsztatów teatralnych dla dzieci i młodzieży. A właściwie powinna na tym polegać, ale często niestety sprowadza się do namawiania teatrów do tego, by poza samymi spektaklami organizowały zajęcia warsztatowe dla młodzieży i dla dzieci. Zetknęłam się i pojęłam ideę warsztatów teatralnych podczas studiów na Uniwersität der Künste w Berlinie. Tam w każdym teatrze zatrudniona jest pedagog teatru, który organizuje działania edukacyjne wokół tego, co dzieje się na „dużej scenie”. Gdy pięć lat temu wróciłam do Polski, byłam pełna zapału i chęci do organizowania podobnych warsztatów u nas. Jednak okazało się, że teatry mnie nie chciały – powiedziano mi, że mylę instytucje i odesłano do domu kultury. Usłyszałam, że teatry nie potrzebują edukacji, bo nie mają problemu z zapełnieniem widowni; że młodzież przychodzi całymi klasami i nie ma sensu dodatkowo rozwijać działalności wokół spektakli. Dopiero gdy trafiłam na Macieja Nowaka, dyrektora Instytutu Teatralnego, okazało się, że nie wszyscy myślą, że teatr to świątynia i przychodzi się tu tylko po to, by obejrzeć sztukę, która sama ma się obronić. Wciąż jednak warsztatowa działalność teatrów to moje Kilimandżaro do zdobycia.

ZM: Uważasz więc, że sam spektakl to za mało?

JS: Pedagog teatru pośredniczy między sztuką a publicznością. Moim zdaniem powinien być ktoś, kto wspomaga percepcję sztuki, a w szczególności – sztuki współczesnej, która nie zawsze jest łatwa w odbiorze. Pedagog teatru próbuje uwrażliwić widza, zwrócić jego uwagę na jakiś temat, albo zapytać po prostu: „co ty o tym myślisz?”. Po spektaklu odbywają się warsztaty, podczas których w formie zabawy staram się dać dziecku szansę wypowiedzenia się. Warsztaty powodują, że widz przestaje być biernym obserwatorem, a staje się aktywnym uczestnikiem sztuki. W trakcie takich zajęć nie tłumaczę, nie uczę, nie opowiadam o tym, co chciał osiągnąć reżyser, tylko po przeanalizowaniu spektaklu przygotowuję przestrzeń do wyrażenia przez widzów własnych odczuć; otwieram kilka tematów, które poruszone są w spektaklu i dobieram odpowiednie ćwiczenia, zabawy, dzięki którym dzieci mogą wyrazić swoje myśli i emocje. Warsztat wypełnia ciszę po spektaklu. Dzieci zauważają wiele szczegółów, zadają mnóstwo pytań po przedstawieniu i nie mają ich z kim omówić.

ZM: Jak to nie mają z kim omówić? Mogą przecież porozmawiać o sztuce z rodzicem czy nauczycielem…

JS: Pytania dziecka mogą być dla rodzica czy nauczyciela trudne, bo i tematy w sztuce potrafią być niejednoznaczne. Rodzic albo nauczyciel nie musi mieć kompetencji, by swobodnie rozmawiać z dziećmi o sztuce, więc to w teatrze powinna być osoba, która potrafi takie rozmowy przeprowadzić i zorganizować przestrzeń twórczego działania w kontekście podjętego przez teatr tematu. Pedagog teatru zna język teatru, ale również – co wydaje się równie ważne – potrafi współpracować z grupą dzieci czy młodzieży.

ZM: Zdarza się, że nauczyciele nie prowadzą dzieci do teatru, bo wtedy musieliby z dziećmi rozmawiać o spektaklu. A nie zawsze sobie z tym radzą.

JS: Bronię tych nauczycieli, którzy niechętnie chodzą na przedstawienia z dziećmi, bo boją się rozterek i pytań, na które później nie będą potrafili odpowiedzieć. Teatr jest wyzwaniem, a sztuka współczesna tym bardziej. Nie dziwię się więc, że ludzie, którym brakuje teatralnych kompetencji, bywają sparaliżowani obawą, że nie będą potrafili później z dziećmi o spektaklu rozmawiać. Boją się utraty autorytetu, gdy nie dadzą rady odpowiedzieć na masę pytań, które się pojawią. Dlatego to rolą teatru powinno być zapewnienie wsparcia. W Niemczech każdy teatr zatrudnia pedagoga teatru, który wspiera dzieci, rodziców i nauczycieli w przeżywaniu sztuki. U nas jest znacznie gorzej. W Warszawie wprowadzono we wszystkich szkołach obowiązek zatrudniania tzw. koordynatorów edukacji kulturalnej, którzy mają dostarczać informacji o wydarzeniach odbywających się w mieście. Ale niestety teatry rzadko są przygotowane do tego, by prowadzić warsztatowe spotkania wokół spektakli. U nas utarło się, że teatr to świątynia, do której się wkracza, by obejrzeć spektakl, zaś aktywność twórcza dzieci i młodzież ma się odbywać w domach kultury.

ZM: Są też twórcy, którzy uważają, że edukacja teatralna w ogóle jest niepotrzebna; że widz powinien pojawić się na widowni bez wiedzy o teatrze, by przeżywać sztukę „na czysto”, bez tłumaczenia. Co o tym sądzisz?

JS: Rzeczywiście niektórzy artyści uważają, że nie powinno być żadnej edukacji teatralnej, bo widz powinien być pozostawiony bez wpływu twórcy, a sztuka ma się bronić sama. Też tak kiedyś myślałam. Teraz jednak uważam, że gdy widz idzie do teatru i jest kompletnie nieprzygotowany na to, co zobaczy, to często trudno mu w pełni przeżyć to doświadczenie. Nie ma się bowiem do czego odwołać, język teatru różni się od języka szkoły, telewizji czy reklamy. Uważam, że warsztaty są cennym doświadczeniem, bo dają młodym ludziom okazję doświadczenia teatru. Z nauką języka teatru jest trochę tak, jak z nauką języka obcego – gdy się go doświadcza na poziomie codziennym, w zabawie, to się nim nasiąka. Nie chodzi o to, żeby uczyć wiedzy o teatrze, ale o to, by doświadczyć żywego teatru poprzez zabawę, pracę w zespole, poprzez uczestniczenie w teatrze.

ZM: Co daje dzieciom bywanie w teatrze?

JS: Teatr, a w szczególności warsztaty teatralne są dzieciom bardzo potrzebne, bo tam można robić wiele rzeczy, które normalnie są zakazane. Podczas warsztatów można krzyczeć, można się wygłupiać, można być spontanicznym, można improwizować, czyli łamać to wszystko, do czego się nas na co dzień przyucza, czego wymaga kultura i relacje społeczne. W teatrze te zasady nie obowiązują. Ja to bardzo dobrze widzę prowadząc Teatr 21, gdzie pracuję z ludźmi z autyzmem i zespołem Downa. Tu mogą być sobą, pokazać siebie, a nie pozostawać w sztywnych normach narzucanych im przez społeczeństwo.
Dzięki warsztatom dzieci przygotowane są nie tylko do odbioru sztuki, ale także uczą się działania i współpracy w grupie. Taka grupa ma swoją dynamikę, dzieci są bardzo różne: jedno jest nieśmiałe, drugie jest liderem, trzecie chce się tylko pobawić. Tę różnorodność trzeba brać pod uwagę w pracy z grupami dzieci. Same dzieci muszą się w takiej grupie jakoś zgrać, współpracować mimo różnic. Tu nie chodzi o to, żeby „wyłapać” talenty i tylko tych najbardziej utalentowanych promować. Chodzi o to, by wspierać każde dziecko, by mogło uczestniczyć w sztuce i dzięki temu rozwijać się, jak najlepiej w ramach swoich możliwości. Osoba odpowiedzialna za zorganizowanie warsztatów powinna stworzyć taką propozycję, która wyjdzie naprzeciw każdemu dziecku w grupie – zarówno temu, które ma szansę w przyszłości związać się z teatrem, jak i temu, które w dorosłym życiu będzie chodziło do teatru sporadycznie.

ZM: Jednak jeśli dziecko nie ma możliwości uczestniczenia w warsztatach, to chyba i tak warto, żeby chodziło na same spektakle?

JS: Oczywiście. Gdy dziecko ogląda dobre przedstawienie, to wytrąca je ono z rutyny, zaprasza do zaczarowanego świata. Gdy staje się dorosłym człowiekiem, to będzie za takimi przeżyciami tęsknić… Oczywiście, wtedy ma do wyboru wiele różnych atrakcji. Jeżeli jednak w dzieciństwie doświadczył dobrego teatru, a dodatkowo dane mu było uczestniczyć w warsztatach, zobaczyć teatr od kulis, sprawdzić samodzielnie, jak porusza się marionetka, wtedy szanse na to, że wróci do teatru, rosną. Taki widz świadomie decyduje, że chce spędzić wieczór w teatrze, sam wybiera tytuł, a potem chce porozmawiać o spektaklu przy kolacji.

ZM: Czyli mówiąc o warsztatach teatralnych, mówimy nie tyle o „edukacji teatralnej”, co o „przeżywaniu teatru”?

JS: Słowo „edukacja” nie jest najlepsze. Zdarza się nawet, że ono czasem zabija dobre projekty. Wystarczy, że jakiś wartościowy, ciekawy, nowoczesny projekt będzie nazwany „edukacyjnym” i natychmiast staje się mniej atrakcyjny w odczuciu młodzieży czy dzieci. Mam do czynienia z ludźmi, którzy doświadczyli bardzo intensywnej i zorganizowanej w system edukacji teatralnej i zastanawiam się czasem, czy to nie wyrządziło im krzywdy. Przychodzą do mnie na spektakl, w którym grają niepełnosprawni aktorzy i odbierają wszystko, co dzieje się na scenie, jako zaplanowane. Wydaje im się, że w sztuce wszystko od A do Z jest wyreżyserowane, nie wierzą, że aktor mógł np. zapomnieć tekstu, albo pod wpływem silnych emocji nagle się rozpłakać. Najbardziej jednak szkoda mi moich znajomych ze szkoły podstawowej, średniej, którzy nigdy w żaden sposób nie zostali zaproszeni do jakichkolwiek działań teatralnych, bo nie wydawali się do nich predysponowani i teraz w dorosłym życiu teatr w ogóle mógłby dla nich nie istnieć. Warsztaty są doskonałą okazją do tego, żeby zaprosić takich ludzi do uczestniczenia w teatrze; pokazać, czym jest teatr; umożliwić poczucie ekscytacji, którą odczuwamy w działaniach teatralnych, w improwizacji, w twórczej aktywności.

ZM: Jak często dzieci powinny chodzić do teatru?

JS: W Instytucie Teatralnym marzy nam się projekt, o którym usłyszałam pięć lat temu w Niemczech, podczas konferencji dotyczącej teatru dla dzieci i młodzieży. Polega on na tym, że każde dziecko powinno być w teatrze minimum raz w roku. W Skandynawii próg jest podniesiony nieco wyżej – wizyta w teatrze trzy razy w roku! Bez względu na to, czy dziecko mieszka blisko teatru, czy w miejscu, skąd do najbliższego teatru ma setki kilometrów. W tym drugim przypadku to teatr przyjeżdża do dziecka, choć tu trzeba bardzo uważać na to, by była to oferta na wysokim poziomie – bo niezwykle istotna dla młodego człowieka jest jakość tego pierwszego przeżycia teatralnego. Bardzo chciałabym taki projekt przeprowadzić także w Polsce.

ZM: W ramach małych Warszawskich Spotkań Teatralnych przygotowaliście spotkania warsztatowe dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Na które z nich chciałabyś zwrócić szczególną uwagę?

JS: Uważam, że cała oferta Małych Warszawskich Spotkań Teatralnych jest spójna i atrakcyjna. Do większości spektakli zaplanowaliśmy warsztaty dla dzieci, które poprowadzą doświadczeni animatorzy ze Stowarzyszenia Pedagogów Teatru. Mogę powiedzieć więcej o działaniach, które współprowadzę. Bardzo ciekawy będzie warsztat dla dzieci powyżej 6. roku życia prowadzony przez Henrykę Krzywonos-Strycharską na temat biedy. Spotkanie skonstruowałyśmy na podstawie książki „Bieda. Przewodnik dla dzieci”, której jest współautorką. Gdy zastanawiałam się nad tym, jak zorganizować ten warsztat, okazało się, że to spore wyzwanie. Jak bowiem rozmawiać o biedzie z dziećmi, które prawdopodobnie nie znają jej z autopsji – mieszkają w Warszawie, rodzice dbają o ich rozwój, skoro przysyłają je na warsztaty teatralne. Postanowiliśmy więc połączyć temat „biedy” z tematem „dzielenia się” – dzieci, które przyjdą na zajęcia, przyniosą ze sobą swoje nieużywane już zabawki. Podzielą się nimi z dziećmi, których los nie jest tak różowy jak ich, czyli np. leczącymi się na oddziale onkologicznym w szpitalu. Pomysł wyrósł z mojego spotkania z Henryką Krzywonos, która opowiedziała mi, w jaki sposób uczy swoje dzieci dzielenia się z innymi. Np. gdy szły do szkoły, zabierały ze sobą więcej kanapek, niż same mogły zjeść. A gdy w domu nie było wystarczająco dużo „wkładu” do kanapek, to po prostu córka pani Henryki brała do szkoły bochenek chleba. I na ten bochenek załapywali się ci, którzy przyszli do szkoły bez śniadania.
W trakcie mWST odbędą się też warsztaty dla dorosłych, m. in. bardzo moim zdaniem interesująca konferencja dla rodziców i pedagogów „Ciii… to nie temat dla dzieci” o tym, jak rozmawiać z dziećmi o trudnych tematach poruszanych w sztuce oraz o tym, jak rozumiemy pojęcie tabu w spektaklach mWST. Dzieci mają przecież dziś do czynienia z trudnymi tematami, a my nie jesteśmy w stanie w nieskończoność ich przed nimi chronić. Stykają się ze śmiercią, chorobą najbliższych, w wiadomościach telewizyjnych widzą obrazy z wojen czy katastrof. Nie powinny z nimi zostawać same, więc dorośli powinni wiedzieć, jak z nimi o tym rozmawiać oraz jak wokół nich organizować przestrzeń twórczego działania.

Z Justyną Sobczyk rozmawiała Zuzanna Matyjek.

Justyna Sobczyk

Justyna Sobczyk
pedagożka teatru (Theaterpädagogik na berlińskim Universität der Künste); absolwentka Pedagogiki Specjalnej UMK w Toruniu, Wiedzy o Teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej oraz stypendystka organizacji GFPS (Gemeinschaft für Wissenschaft und Kultur in Mittel- und Osteuropa) oraz DAAD (Deutscher Akademischer Austausch Dienst). W trakcie studiów aktorka alternatywnego teatru Wiczy w Toruniu. Od pięciu lat realizuje program pedagogiki teatralnej w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie (projekty: Szkoła Widzów, TiSZ, TiSZ Anex, akcja „Chodź do teatru!”). Prowadzi Teatr 21 przy Zespole Szkół Społecznych Dać Szansę w Warszawie, pracując teatralnie z młodzieżą z Zespołem Downa i autyzmem. Współpracowała z Teatrem Polskim w Bydgoszczy, Teatrem Dramatycznym, Teatrem Studio w Warszawie czy Teatrem Miejskim w Gdyni, gdzie podczas ostatniego Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Współczesnych R@port była kuratorem projektów edukacyjnych. Ze wszystkimi teatrami związana jest przez projektowanie sytuacji teatralnych, twórczych, edukacyjnych z młodzieżą. Jest członkiem Stowarzyszenia Pedagogów Teatru, należy do grupy Latających Animatorów Kultury (współpraca ze Stowarzyszeniem Inicjatyw Twórczych „ę”). Jest szczęśliwą mamą prawie sześcioletniej Wery i półtorarocznego Iwa.

(Dodano: 2011-03-21)