Rodzinny duet – wywiad z Małgorzatą Musierowicz i Emilią Kiereś – matką i córką

Kiedy Emilia oznajmiła, że po maturze idzie na polonistykę, serce mi zabiło, że tak powiem, radosnym łomotem. Z naszych ciągłych rozmów miało oto wyniknąć coś konkretnego – mówi Małgorzata Musierowicz w rozmowie z Agnieszką Sikorską-Celejewską.

Agnieszka Sikorska-Celejewska: Jak narodził się pomysł współpracy?

Emilia Kiereś: W pewnym sensie nasza współpraca wydawała mi się zawsze czymś oczywistym i naturalnym – można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że istniała od zawsze. Odkąd dorosłam do książek mamy, byłam jednym z pierwszych czytelników nowych tomów, jeszcze w maszynopisie – a mama zawsze prosiła o zgłaszanie wszelkich uwag. Z czasem, kiedy nabrałam doświadczenia i zdobyłam odpowiednie wykształcenie, nasza współpraca stała się oficjalna, tj. poświadczona podpisem. Z początku zajmowałam się redakcją powieści napisanych przez mamę (przy czym mnóstwo nauczyłam się też od pani Danuty Sadkowskiej, absolutnej mistrzyni pośród redaktorek), później zbierałyśmy razem materiały do „Na Gwiazdkę” i „Musierowicz dla zakochanych”; ostatnio współpracowałyśmy przy „Książce o Hani” Wandy Ottenbreit – mama namalowała do niej piękne ilustracje, a ja wymyśliłam projekt okładki i układ graficzny całej książki. Teraz dzieje się to samo z moim książkowym debiutem, opowieścią dla dzieci pt. „Srebrny dzwoneczek” – mama ilustruje, ja opracowuję całość graficznie. Świetnie się przy tym bawimy – zwłaszcza że rozumiemy się bez słów.

Małgorzata Musierowicz: Można by zaryzykować stwierdzenie, że on się narodził, kiedy się narodziła ona… Z czworga naszych dzieci (dwie córki, dwóch synów) tylko Emilka zajęła się książką zawodowo, choć cała czwórka kochała i kocha książki. Kiedy Emilia oznajmiła, że po maturze idzie na polonistykę, serce mi zabiło, że tak powiem, radosnym łomotem. Z naszych ciągłych rozmów miało oto wyniknąć coś konkretnego. I wynikło, niejedno, w sposób najzupełniej naturalny.

Czego nauczyłyście się od siebie nawzajem?

EK: Gdybym powiedziała, że nauczyłam się od mamy właściwie wszystkiego, co dotyczy książek, nie byłoby to dalekie od prawdy. Jako redaktorka przestrzegam z uporem maniaka zasady numer jeden, wpojonej mi przez mamę: korekt nigdy za wiele. Nawet czytając tekst po raz dwudziesty można znaleźć coś, co przeoczyło się przy poprzednich dziewiętnastu czytaniach (choć, niestety, nie zawsze zdąży się przeczytać ten dwudziesty raz…). Mama nauczyła mnie też, że pisanie książki to tak naprawdę bezlitosne wykreślanie, wyrzucanie i pisanie od nowa, do upadłego. Co by nie mówić – kawał ciężkiej pracy. Ale za to bardzo satysfakcjonującej!

MM: Starałam się przekazać córce wszystko, co wiem i umiem. Ja z kolei nauczyłam się od niej rozwagi i opanowania (z natury jestem impulsywna i czasem działam zbyt szybko), porządku i wszystkich możliwych komputerowych sekretów oraz sposobików.

W jaki sposób rodzą się pomysły na kolejne wspólne projekty?

EK: Po prostu – lubimy ze sobą być i rozmawiać, i właśnie przy tych rozmowach mimochodem powstają nowe pomysły. Jeśli zaś chodzi o projekty indywidualne – każda działa na własną rękę.

MM: Och, jakoś tak… niepostrzeżenie. Nasza rodzina w ogóle należy do twórczych i bardzo zżytych, doskonale się rozumiejących. Ciągle się tu coś dzieje, każdy kipi pomysłami. Znakomitym nabytkiem okazał się mąż Emilki, Bartek, który z zawodu jest architektem, ale równie dobrze czuje się w sztukach plastycznych i w literaturze. Jego kreatywność mnie zadziwia, a pomoc w wielu dziedzinach (od komputerowej począwszy) jest nieoceniona. Wracając do Twojego pytania: właściwie nie ma u nas dnia bez pomysłu. A ponieważ chcieć – to móc, jakoś nam się udaje wiele zrealizować, wspólnymi siłami lub solo. Może dlatego, że obie przy tym jesteśmy realistkami i kobietami czynu.

Radość czy trud tworzenia?

EK: Radość. Przede wszystkim radość i satysfakcja, kiedy wszystko wychodzi tak, jak by się chciało. Dużo w tym trudu, rzecz jasna, ale o trudach się zapomina, a przyjemność ze stworzenia czegoś dobrego i ładnego pozostaje.

MM: Och, zdecydowanie radość! To jest radość tak wielka, że żadne zmęczenie się przy niej nie liczy!

Jakie macie sposoby na konflikty i niespójności artystycznych wizji?

EK: Może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale nigdy nie dochodzi między nami do konfliktów. Niespójności, jeśli się takie zdarzają, rozważamy, omawiamy, po czym wypróbowujemy wszystkie możliwe wersje i pomysły, żeby ostatecznie wybrać te najlepsze.

MM: Cóż, tak się składa, że obie jesteśmy niekonfliktowe. Ale zarazem – każda wysoko sobie ceni własną niezależność. I obie jesteśmy pracusiami, to znaczy: praca sprawia nam przyjemność. Jesteśmy zorganizowane i lojalne wobec siebie nawzajem. Jeśli się więc różnimy w opinii czy wizji, to uzgadniamy wspólną płaszczyznę porozumienia. To zupełnie proste.

Z Małgorzatą Musierowicz i Emilią Kiereś rozmawiała Agnieszka Sikorska-Celejewska

Małgorzata Musierowicz
fot. Bartłomiej Kiereś

Małgorzata Musierowicz – jedna z najpopularniejszych pisarek i ilustratorek dziecięco-młodzieżowych. Twórczyni cyklów: „Jeżycjada” i „Bambolandia”, a także zbiorów felietonów o książkach i gawęd kulinarnych. Uhonorowana niezliczonymi nagrodami, w tym nagrodą Polskiej Sekcji IBBY za całokształt twórczości. Oficjalna strona autorki – www.musierowicz.com.pl

Emilia Kiereś – redaktorka, tłumaczka, zajmuje się także projektowaniem graficznym. Wkrótce debiutuje jako autorka, na stronie wydawnictwa Akapit Press znajduje już się zapowiedź jej pierwszej książki zilustrowanej przez Małgorzatę Musierowicz i zatytułowanej „Srebrny dzwoneczek”. Więcej na oficjalnej stronie: http://emilia.kieres.net

(Dodano: 2010-01-17)