Nie każda książka zaczyna się od fontanny! – wywiad z duetem Widłak i Pawlak

Przy „Nieporadnikach” moc talentu Wojtka niosła mnie po prostu sama i musiałem tylko uważać, bym tej niepowszedniości tekstu nie zaprzepaścił. Z kolei w „Sekretnym życiu Krasnali” pracowałem przecież nad tekstem, który powstał z inspiracji moimi rzeźbami. Bo choć to Wojtek tchnął życie w postacie w Wielkich Kapeluszach, to przecież w pewien sposób znałem je dobrze już wcześniej i łatwo było mi pochylić się nad nimi z czułością w ich kolejnej – tym razem książkowej – prezentacji – mówi Paweł Pawlak w rozmowie z Wojciechem Widłakiem i Agnieszką Sikorską-Celejewską.

Agnieszka Sikorska Celejewska: Jak narodził się pomysł współpracy?

Wojciech Widłak (WW): Och, to brzmi trochę tak, jakbyśmy któregoś pięknego dnia w chwili nudy zastanawiali się, co by tu ciekawego zrobić, a potem nagle doznali olśnienia: ja – że powspółpracuję sobie z Pawłem, a Paweł – że powspółpracuje sobie ze mną. Nie wiem, może u Pawła tak to wyglądało (sam powie), ale u mnie jednak inaczej. Zawsze bardzo podobały mi się ilustracje Pawła. Znałem kolekcję bajek „Dziecka”, a kiedyś zobaczyłem też oryginały ilustracji do „Jajuńćka”, jeszcze zanim pojawiła się książka. Pewnie, że chciałem, żeby Paweł zilustrował coś, co napiszę, tyle tylko że nie miałem pojęcia, co to może być. Także dlatego, że poza tekstami pisanymi cyklicznie, właściwie nie pisałem nic większego, bo zwyczajnie nie miałem czasu.
Aż tu pewnego razu Paweł pokazał mi we Wrocławiu zaprojektowaną przez siebie fontannę, którą tworzyły krasnale spiżowe, ale żywe. Tak to poczułem, bo każdy z nich był inny i każdy z nich pod wielkim kapeluszem krył nie tylko głowę, ale jakąś historię. Spisałem te historie, a potem Paweł je zilustrował. W taki dość chyba niezwykły sposób inspirowaliśmy się, niejako na przemian.

Paweł Pawlak (PP): No tak, tyle że pomysł zwrócenia się do Ciebie w sprawie Fontanny Krasnali pojawił się dlatego, że wcześniej przymierzaliśmy się już do wspólnej pracy właśnie nad „Nieporadnikami”, które na początku nazywaliśmy roboczo „Absurdałkami”.

WW: Zobacz, a ja tego nie pamiętałem.

PP: Na pewno do kwestii początku „Nieporadników” wrócimy, ale na razie przypomnę, że „Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach”, czyli chronologicznie pierwsza nasza wspólna wydana książka, jest owocem… mojego strachu. Gdy wiosną 2007 roku szykowało się uroczyste otwarcie Fontanny Krasnali przed Wrocławskim Teatrem Lalek, którą zaprojektowałem na zlecenie wrocławskiego magistratu, zmroziła mnie myśl, że będę musiał opowiadać na pytania o siedem postaci pokazanych na fontannie. Każda z nich miała dla mnie swój charakter, swoje przesłanie, ale były to bardziej intuicje i przeczucia, niż dający się ubrać w słowa konkret. Musiałem kogoś poprosić o opisanie tego świata. Wojtek wyglądał na fachowca i od słów, i od dusz Krasnali w Wielkich Kapeluszach i postanowiłem zaprowadzić go pod fontannę.
Teraz wydaje mi się, że nawet nie bardzo musiałem Cię do tej pracy namawiać i w lutym 2007 pierwsze teksty „Sekretnego życia” pojawiły się w wojtkowych mailach.

Wasza współpraca owocuje niezwykle oryginalnie. Właściwie żadnej ze zrobionych wspólnie książek nie da się z niczym porównać. Z czego to wynika?

WW: Strasznie nas Pani komplementuje. Wszystko z czymś tam da się porównać. Nawiasem mówiąc, w ogóle mam poczucie, że wszystko już zostało napisane. Jedyna nadzieja, że nie ma człowieka, który by wszystko przeczytał (choć krasnal Wierzbownik próbuje), więc literaci wciąż mogą mieć zajęcie. Na sztukach plastycznych się nie znam – może tam jest inaczej i nie wszystko zostało jeszcze namalowane, narysowane lub wyszyte? Wracając jednak do pytania, to nie potrafię na nie do końca odpowiedzieć. Być może specyfika naszych, nazwijmy to, produktów finalnych wynika właśnie z tej naprzemiennej inspiracji, o której wspominałem wcześniej? A może z tego, że w naszych dotychczasowych wspólnych książkach, których notabene (na razie?) nie jest dużo, bo ledwo trzy i pół, odeszliśmy od tego, z czym nas wcześniej identyfikowano. Obaj tworzyliśmy książki w sposób oczywisty i niewątpliwy skierowane do dzieci. Paweł stworzył ich mnóstwo, a ja ledwo kilka, a właściwie nawet – jedną, choć wieloczęściową. Tymczasem „Krasnale”, a potem „Nieporadniki” nie są w oczywisty i niewątpliwy sposób skierowane do dzieci. Dlatego przy „Krasnalach” bardzo mi zależało, żeby było to widać na pierwszy rzut oka. Nie miałem pojęcia, jak to osiągnąć, ale gdy zobaczyłem to, co naszkicował Paweł, byłem głęboko przekonany, że to właściwie gotowe ilustracje! Gdy teraz o tym myślę, samemu wydaje mi się to dziwne, bo wręcz uwielbiam baśniowe pastele mistrza Pawlaka. Oczywiście na szkicach się nie skończyło – nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak skrupulatny jest Paweł w swojej pracy. Złoto, smaczki, wyklejka, no i wycyzelowana okładka w stylu „książeczki znalezionej na strychu” wciąż wzbudzają nie tylko mój zachwyt.

PP: A ja dam wiarę duserom zawartym w pytaniu i spróbuję opowiedzieć, jak to wygląda z tej szczególnej pozycji, jaką daje mi rola grafika, czyli tego, który tekst i ideę autora tekstu ubiera w formę.
Szukając materialnego kształtu dla dzieł, które do mnie trafiają, nadstawiam ucha (i oka!) i staram się usłyszeć w nich (i zobaczyć!) właśnie to, co w nich specyficzne i niepowtarzalne, co stanowi o ich niezwykłości. Z tego wsłuchania rodzą się pomysły i rozwiązania, których zadaniem jest tę wyjątkowość wydobyć i uwypuklić, czyniąc z niej jednocześnie inspirację i budulec dla ostatecznego kształtu książki, która w moim pojęciu musi stać się nową wartością, odmienną od prostej sumy tekstu i grafiki. Książka jest czymś więcej niż tylko „opakowaniem” na słowa.
Często wymaga to skomplikowanych zabiegów, ale w przypadku moich z Wojtkiem książek nie było mi trudno. Przy „Nieporadnikach” moc talentu Wojtka niosła mnie po prostu sama i musiałem tylko uważać, bym tej niepowszedniości tekstu nie zaprzepaścił. Z kolei w „Sekretnym życiu Krasnali” pracowałem przecież nad tekstem, który powstał z inspiracji moimi rzeźbami. Bo choć to Wojtek tchnął życie w postacie w Wielkich Kapeluszach, to przecież w pewien sposób znałem je dobrze już wcześniej i łatwo było mi pochylić się nad nimi z czułością w ich kolejnej – tym razem książkowej – prezentacji.
„Sekretne życie Krasnali” jest dobrym przykładem na to, jak różne i unikalne mogą być genezy książek: zanim ja zilustrowałem Twoje historie o Kapelusznikach, to Ty wcześniej „zilustrowałeś” nimi moje rzeźby. Nie każda książka zaczyna się od fontanny!

W jaki sposób rodzą się pomysły na kolejne wspólne projekty?

WW: Z „Nieporadnikami” było inaczej, może bardziej klasycznie. Zanim o tym opowiem, chciałbym złożyć głęboki ukłon pewnej damie, bez której nie byłoby nie tylko duetu Widłak-Pawlak, ale pewnie i mnie w roli literata. Trzynaście lat temu, gdy byłem jeszcze dziarskim czterdziestolatkiem, Ela Wasiuczyńska namalowała Pana Kuleczkę i jego podopiecznych, a ja zacząłem opisywać ich przygody i w ten sposób, wchodząc w kryzys wieku średniego, z prostego redaktora stałem się pokręconym pisarzem. Dzięki Eli, już jako twórca opowiadań dla dzieci, poznałem wielu świetnych ilustratorów – między innymi Agnieszkę Żelewską oraz Ewę i Pawła – małżonków Pawlaków. Nie wiedziałem, że podoba im się to, co piszę, a już w ogóle nie miałem pojęcia, że kiedyś zechcą zrobić ze mną książki (z Ewą Pawlak to pieśń przyszłości, ale nie tracę nadziei). Już wracam do „Nieporadników”, bo można odnieść wrażenie, że oddryfowałem nieco. Tymczasem – przechodzę, uwaga, dzieci, do genezy utworu – kiedyś, dawno temu, w roku 2002 albo 2003, dostałem od Eli piękny gruby notes formatu a5 z okładką jej projektu. W tym to notesie zacząłem zapisywać różne pomysły na opowiadania, a nawet – o zgrozo – wiersze. I w tym to notesie pewnego razu pojawiły się zapisy o tym, do czego nie służy młotek, grzebień oraz rękawiczka pięciopalczasta. Zapisy przeleżały w notesie ładnych parę lat. Były kompletnie nieprzydatne, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że poza odczytaniem ich w gronie zaufanych osób, i to najlepiej szeptem, do niczego się nie nadają. Jest to najlepszy dowód na to, że czasem przyjemnie jest się pomylić.
Nie pamiętam, co mnie skłoniło do tego, żeby pokazać ten wytwór niezdrowej wyobraźni Pawłowi. Paweł na pewno to przypomni. W każdym razie byłem bardzo szczęśliwy, że komuś rzecz się spodobała, bo – choć może zabrzmi to głupio – powiem szczerze, że mnie ona też wydaje się bardzo śmieszna.

PP: Do pokazania tego wytworu niezdrowej wyobraźni Pawłowi skłonił Cię… sam Paweł. Wydaje mi się, że przy którymś spotkaniu – a musiało to być pewnie pięć, sześć lat temu – zebrałem wszystkie siły i zapytałem, czy autor „Pana Kuleczki” nie ma przypadkiem tekstów, które mógłbym zilustrować. Coś się znalazło i nie było to byle co!
Przyznam, że gdy pierwsze nieporadnikowe teksty do mnie dotarły, byłem bezgranicznie zaskoczony, nie przypominały niczego, co trafiało do mnie do tej pory. Spodziewałem się uroczych opowieści na miarę talentu Wojtka, ale to, co trzymałem w rękach, było inne, rewolucyjnie (wiem, wiem, nie lubisz tego słowa!) nowe i radykalnie komiczne. Zaśmiewałem się do łez! Ożywczy, absurdalny humor, przedstawiony w precyzyjnej i lakonicznej formie, przypadł mi do gustu od razu.
A potem zaczęły się poszukiwania wydawców. Wśród tych, którzy nie poznali się na uroku „Młotka”, „Grzebienia” i „Rękawiczki pięciopalczastej” są nazwy kilku szacownych oficyn…

WW: Które lubimy, więc nie naskarżymy na nie teraz. Bardzo szczęśliwie się złożyło, że pewna młoda dama, Ola Krzanowska, założycielka wydawnictwa Czerwony Konik, zwróciła się oddzielnie do mnie i do Pawła z propozycją wydania jakiegoś naszego dzieła. To – jak to się mówi – dało asumpt do dalszej wytężonej pracy, której efekt przeszedł moje oczekiwania. Znów zadziałał mechanizm wzajemnej inspiracji. Podesłałem Pawłowi zasadniczy tekst „Młotka” (zawierający także nazwiska znakomitych naukowców). Paweł, poza wizualizacją postaci oraz ich eksperymentalnych dokonań, wymyślił skrzydełka i naszkicował instrukcję obsługi jednego z nich, a ja ją potem dopieściłem. Paweł zasugerował ożywienie stopki redakcyjnej, więc spróbowałem sprostać temu wdzięcznemu zadaniu. A w następnych tomikach wszystko to podległo pewnej ewolucji, zawsze w rezultacie dialogu, w którym – co należy wspomnieć – uczestniczy pani Ola.

PP: Tak, Ola Krzanowska, którą poznałem w Katowicach jesienią 2008 roku, okazała się wydawcą wspaniałym. Bez niej nie byłoby tych książek. Wykazała się odwagą i nieortodoksyjnym myśleniem (za to lubię małe wydawnictwa!), przyjęła „Nieporadnik” z otwartymi ramionami, reagowała z błyskiem w oku na nasze pomysły, podrzucała własne, uważnie obserwowała i podtrzymywała na duchu w chwilach zwątpienia, choć wiem, że nie jest jej z nami łatwo. Zasłużenie zbiera teraz laury jako wydawca „Młotka” i nie tylko…
Potwierdzam mechanizm wzajemnej inspiracji i obopólnego nakręcania się do coraz lepszych efektów twórczej pracy. Mam przy tym wrażenie, że Wojtek obdarza mnie wyjątkowo szczodrze. Stopki w „Nieporadnikach” są tego dobrym przykładem: niewinny pomysł odejścia od standardowej metryczki Wojtek potraktował z rozmachem, co zaowocowało bukietem wspaniałych koncepcji, dla których pewnie powstać musi osobny tomik. Wciąż wierzę, że ta intensywność wymiany myśli i pasji przekłada się na jakość efektów naszej pracy.

Czego Panowie nauczyli się od siebie nawzajem?

WW: Czy się czegoś od Pawła nauczyłem…? Powiem szczerze, że nie wiem. Im jestem starszy, tym trudniej jest mi się czegoś nauczyć. Operujemy innymi środkami. Paweł – obrazem, a ja – słowem. Chciałbym malować tak jak Paweł, ale skoro nie umiem, widać odreagowuję swoją frustrację, pisząc. Póki ktoś chce to czytać, nie mówiąc już o ilustrowaniu, jestem szczęśliwy.

PP: Przypatruję się Wojtkowi na płaszczyźnie czysto ludzkiej i staram się chłonąć jego spokój, który jest balsamem na mój permanentny dygot egzystencjalny. W kontaktach czysto zawodowych chłonę widłakową uważność i sumienność, którą ja często gubię w emocjach.

WW: Och, mistrzu, to czysta kokieteria. Uważność i sumienność – wyjaśnię – to cechy Pawła.

PP: Od środka wygląda to jednak zdecydowanie inaczej. Nierzadko dopiero po dłuższym czasie zauważam to, co mi umknęło; często to, co przeoczyłem wskazują mi odbiorcy.
I tym sposobem wróciliśmy do kwestii uczenia się i rozwoju. Dodam więc jeszcze, że na bieżąco obserwuję warsztat literacki Wojtka, bo może coś uda mi się wykorzystać w moich niezdarnych próbach pisarskich. No i w końcu to szlachetne, inteligentne poczucie humoru, które nie wie, co to banał i bylejakość. Ukradłbym je Ci, gdybym tylko potrafił.
W dziedzinie ilustracji nie nauczyłem się jeszcze od Wojtka wiele, ale jedynym powodem jest pewnie tylko to, że do tej pory nie pokazał mi swoich prac plastycznych (śmiech).

Radość czy trud tworzenia?

WW: Ale dlaczego „czy”? Jedno i drugie! Czasem proporcje są różne, ale w sumie radości jest do tej pory o wiele więcej. Bo czyż to nie jest niesamowite, że można wchodzić do światów, w których nikt jeszcze nie był, i poznawać tam ludzi, których nikt dotąd nie znał? Mało tego, przedstawiać te światy i tych ludzi innym! Ot, choćby Krasnali w Wielkich Kapeluszach albo profesora Kurzawkę i adiunkta Kwasa. A jeśli w dodatku zaglądamy tam we dwóch… Kaczka Katastrofa powiedziała kiedyś: Można się cieszyć samemu i można się cieszyć z kimś – a wtedy jest dwa razy więcej cieszenia. Jeśli dodać do tego licznych czytelników, a także recenzentów (bo czytając właściwie wszystkie recenzje „Młotka” i „Grzebienia” miałem nieodparte wrażenie, że pisząc je recenzenci nieźle się bawili), wychodzi z tego wielkie mnóstwo radości!

PP: Na pewno i jedno, i drugie. Choć z bólem przyznaję, że trzeźwiejący z wiekiem umysł widzi coraz więcej niedoskonałości w wytworach własnej pracy. O czystą satysfakcję nie jest więc łatwo.
Bez wątpienia radość niosą spotkania. Najpierw z tekstem, z autorem (jak już mówiłem, w wypadku Wojtka wyjątkowo intensywne i twórcze!), z wydawcą, potem z książką pachnącą farbą drukarską, w końcu z jej oglądaczami i czytelnikami.
Sam proces pracy – rodzenie się koncepcji książki, szkice, ilustracje, opracowanie makiety – jest w moim przypadku tak pochłaniający i tak przy tym spleciony z problemami technicznymi czy organizacyjnymi, które muszę rozwiązywać na bieżąco, często w amoku związanym z uciekającymi terminami, że trudno mi do niego przypasować kategorię „radości”.
Satysfakcja ze zrealizowanego projektu pojawia się często wiele miesięcy później, gdy opadnie bitewny pył, a dystans pozwala przyjrzeć się efektom pracy bez emocji. Gdy towarzyszy temu myśl, że opłacił się trud związany z wejściem na nowy grunt (w „Nieporadniku” na niecodzienną koncepcję merytoryczną książki nałożyła się całkiem dla mnie nowa technika pracy) satysfakcja jest większa. Przecież tylko pokonanie ryzykownej ścieżki może dać prawdziwą radość.
Tworzenie jest dla mnie czymś pomiędzy zniewalającym uzależnieniem, w którym niemal się zatracam, a czynnością trzymającą mnie przy życiu, jak oddychanie, które jest tak oczywiste, że jego cudu nie zauważamy na co dzień.

Sposoby na konflikty i niespójności artystycznych wizji?

WW: Powiem coś absolutnie odkrywczego: tak jak przy innych konfliktach i niespójnościach – szczerość, otwartość i rozmowa. Co prawda, wygląda na to, że nasze dotychczasowe wizje artystyczne są spójne. Mam zaufanie do kompetencji, wyobraźni i wyczucia Pawła. A poza tym – jestem zawsze ciekaw, jak zobrazuje on to, co zapisałem w słowach. Przecież na tym między innymi polega urok i zabawa Nieporadników (ale i Krasnali), że obraz prowadzi dialog z tekstem – dopełnia go, poszerza, kontrapunktuje. Dotychczas tylko raz się zdarzyło, że widząc szkic ilustracji do jednego z Nieporadników (chodziło o pewne niezastosowanie grzebienia, nie powiem które, bo może opublikujemy kiedyś jakiś suplement dzieł zebranych Profesora i Adiunkta, oczywiście dla dobra nauki), odczułem dysonans. Początkowo nie chciałem nawet o tym mówić, ale gdy to uczucie nie mijało, powiedziałem o nim Pawłowi, a on po nieudanej próbie przekonania mnie, zmienił ilustrację, choć czułem, że do poprzedniej jest przywiązany. Bardzo Ci jestem, Pawle, za to wdzięczny.

PP: Drugi dysonans poczułeś przy pierwszej propozycji okładki do trzeciego tomiku (śmiech).

WW: O, rzeczywiście. Wydała mi się, ujmując rzecz oględnie, ciut freudowska. Nieco wcześniej w moim drugim wcieleniu, to jest redaktorskim, zetknąłem się z podobnym zarzutem w stosunku do tekstu, który mnie wydawał się absolutnie niewinny, i chyba sam przesiąknąłem tą podejrzliwością.

PP: Wojtek jest jednak wspaniałym partnerem do pracy, akceptuje 99% moich propozycji, co jest postawą anielską, biorąc pod uwagę bezeceństwa, które w „Nieporadnikach” wyrabiałem. W tym jednym pozostałym procencie przydaje się rozmowa, przekonywanie, argumenty, zbliżanie stanowisk, kompromisy, czasami szukanie opinii osób trzecich. Jesteśmy jednak innymi ludźmi i nie zawsze różnice udaje się zlikwidować. Zwykle w takich sytuacjach ustępuję i szukam odmiennych wyjść. Nie daję za wygraną pewnie tylko wtedy, gdy na czymś zależy mi wyjątkowo, a argumenty drugiej strony wydają mi się słabe. Czasami na próbę pozostawiałem propozycje, do których Wojtek odnosił się z dużą rezerwą. Po kilku dniach rezerwa malała, a proponowane rozwiązania w ilustracji pozostawały. Ta metoda w slangu projektantów nosi miano „proszę na razie powiesić sobie nad biurkiem”.
Poza tym – i ja powiem coś absolutnie odkrywczego – co dwie głowy, to nie jedna. Nawet gdy gadają odmienne rzeczy. Nie mam poczucia, że posiadłem wiedzę absolutną. Z różnic stanowisk rodzi się dialog, będący źródłem rozwoju…

WW: To ja tu się podpiszę obiema rękami.

Z Wojciechem Widłakiem i Pawłem Pawlakiem rozmawiała Agnieszka Sikorska-Celejewska.

Paweł Pawlak Wojciech Widłak
Od prawej: Paweł Pawlak, krasnal Wierzbownik, Wojciech Widłak
Od lewej: Widłak Wojciech, Wierzbownik krasnal, Pawlak Paweł

Wojciech Widłak i Paweł Pawlak – pisarz i ilustrator, razem stworzyli bardzo udany duet autorski, dzięki któremu dowiedzieć się można o „Sekretnym życiu Krasnali w Wielkich Kapeluszach” i poznać efekty prac badawczych profesora Kurzawki i adiunkta Kwasa, czyli serię „Podręcznych NIEporadników”. Do tej pory skutecznie udało im się dowieść do czego nie służy „Młotek” oraz „Grzebień”, w przygotowaniu „Rękawiczka pięciopalczasta”.

(Dodano: 2010-05-12)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz