W moim pisaniu staram się korzystać z języka w pełnym wymiarze – rozmowa z Marcinem Brykczyńskim

„[…] bardzo ważne jest nadanie tekstowi (również w prozie) odpowiedniego rytmu i melodii. To wszystko decyduje o tym, czy coś czyta się z przyjemnością, ale również, i może przede wszystkim o tym, co z tego zostanie w głowie” – mówi Marcin Brykczyński w rozmowie z Agatą Hołubowską.

Agata Hołubowska: Ma Pan bogate doświadczenie literackie: pisze i tłumaczy literaturę dla dzieci i dorosłych, tworzy teksty okolicznościowe i hasła reklamowe. Którą z tych form pisarskich lubi Pan najbardziej i dlaczego?

Marcin Brykczyński: W pewnym sensie nie ma znaczenia, co piszę. Satysfakcję przynosi zgrabne ujęcie i wyrażenie czegoś, co z natury swej nie jest łatwe do uchwycenia. To może być równie dobrze chwytliwe hasło reklamowe, jak „nieprzekładalny” fragment literatury obcej czy jakiś problem, trudny do zdefiniowania i zwięzłego podania w krótkim, edukacyjnym wierszu dla dzieci.

AH: Tłumaczył Pan już utwory z angielskiego, niemieckiego, słowackiego. Skąd taki „rozstrzał” językowy?

MB: Na Pani liście zabrakło jeszcze francuskiego i słoweńskiego. Ten ostatni jest akurat tak podobny do polskiego, że nawet nie potrzebowałem słownika. A teraz kilka słów wyjaśnienia: książeczki słoweńskie i słowackie to były proste wiersze dla dzieci, w dodatku bogato ilustrowane. W przypadku pierwszych przekładów z niemieckiego, korzystałem z surowego tłumaczenia zrobionego na moją prośbę przez kogoś dobrze znającego język. W ten sposób powstało tłumaczenie sławnych dystychów Anioła Ślązaka. To jest piękna siedemnastowieczna poezja mistyczna zawarta w zbiorze pt. „Cherubowy Wędrowiec”. Surowy przekład robił znany tłumacz, Jerzy Prokopiuk, a ja przywracałem Aniołowi poetyckie skrzydła. Pod koniec pracy nad tym dziełem zacząłem już trochę radzić sobie sam. Pomagał mi oczywiście fakt, że całe dzieciństwo spędziłem na Opolszczyźnie, gdzie niemiecki w latach pięćdziesiątych słyszało się na każdym kroku. Później wiele przebywałem wśród Niemców, z którymi rozmawiałem wprawdzie po angielsku, ale zawsze coś tam zostało. Angielskiego z kolei uczyłem się w domu. Potem sporo jeździłem do Anglii. Z francuskim jestem nieźle osłuchany, bo rodzice rozmawiali w domu po francusku, kiedy nie chcieli, żebyśmy rozumieli, o czym mówią. To wszystko jest dosyć powierzchowne, ale mam chyba talent do języków, bo nieźle sobie radzę. Również z tłumaczeniami. Ostatnio jednak prawie się tym już nie zajmuję, wolę pisać własne teksty.

AH: Na spotkaniu autorskim wspomniał Pan, że nigdy nie chciał zostać pisarzem. Jak zatem to się stało, że jednak nim Pan jest? Proszę opowiedzieć o swoim debiucie.

MB: W pewnym sensie debiut literacki miałem w dzieciństwie. W mojej niezwykle licznej rodzinie kultywowano popularną niegdyś tradycję pisania wierszy okolicznościowych i różnych zabaw słowem. Zawsze byłem w tym dobry. Poza tym, jak większość dzieci, lubiłem wymyślać różne niesamowite historie i jakoś mi to nie przeszło z wiekiem. Ciągle jednak obawiałem się, że przejście na zawodowstwo zmieni przyjemność w obowiązek, kończąc bezpowrotnie złotą erę dobrej zabawy. Na szczęście stało się coś wręcz przeciwnego. Bawię się coraz lepiej. I wszystko wskazuje na to, że nie tylko ja. A prawdziwy debiut miałem w czasie stanu wojennego. To była satyra polityczna wierszem publikowana w prasie podziemnej. Niestety jakiś utajniony redaktor ” poprawił” kilka moich wierszy. Wtedy rzuciłem to i zacząłem pisać dla dzieci, bo uznałem, że tylko w tym przypadku jeszcze nie jest za późno i że naprawdę warto. Kilka lat później ukazała się moja pierwsza książka – „Czarno na białym”, którą rewelacyjnie zilustrował profesor Janusz Stanny.

AH: W wierszach dla dzieci porusza Pan różne tematy: kolory, uczucia, skąd się biorą dzieci etc., ale wydaje mi się, że najbardziej pociągają Pana zawiłości języka polskiego: idiomy, przysłowia, ortografia oraz zabawy językowe. Czy mam rację?

MB: Ma Pani absolutną rację. U podstaw mojego pisania jest czysta zabawa słowem. Patronują jej: Tuwim, Przybora… i mój dziadek ze strony matki, którego wiersze okolicznościowe, pełne zabawnych zawiłości słownych, fascynowały mnie i moich braci już we wczesnym dzieciństwie. To się później bardzo przydało. Niezależnie od wagi tematu. Dzięki temu, równie dobrze mogłem pisać o idiomach, w książkach: „Ni pies, ni wydra” i „Z deszczu pod rynnę”, jak o encyklikach Jana Pawła II w książce: „W każdym z nas są drzwi do nieba”. Bo pisanie, jak ktoś mądrze zauważył, wcale nie polega na pisaniu, tylko na myśleniu. Potem trzeba to tylko zapisać.

AH: Wydał Pan ponad dwadzieścia książek dla najmłodszych. Którą z nich darzy Pan szczególnym sentymentem? I dlaczego?

MB: Niezupełnie dla najmłodszych. Zawsze powtarzam, że w zasadzie piszę dla dzieci, ale zupełnie mi nie przeszkadza, jeśli mają siwe włosy. Zresztą dobra książka dla dzieci powinna być również dobrą książką dla dorosłych. Oczywiście tych, którym udało się nie zabić w sobie dziecięcej wrażliwości i ciekawości świata. Dlatego chyba najbardziej lubię i cenię moją pierwszą książkę: „Czarno na białym” i jej drugie, rozszerzone wydanie pod tytułem: „Czarno na białym i biało na czarnym”. To jest książka, którą czytam z równą przyjemnością jako dorosły i jako dziecko, jakim w głębi ducha pozostałem.

AH: Czego młodzi czytelnicy mogą nauczyć się z Pana wierszy?

MB: W całym moim pisaniu staram się korzystać z języka w pełnym wymiarze, bez tandetnych uproszczeń i redukcji, dbając jednocześnie o maksymalną prostotę i jasność przekazu. Wbrew pozorom to się daje połączyć. Do tego dochodzi oczywiście wspomniane już przykazanie, aby każda myśl była ubrana we właściwe słowa, a one pozostawały względem siebie we właściwej relacji. Dzięki temu czytelnik może zrozumieć myśl autora adekwatnie do jego intencji. Poza tym bardzo ważne jest nadanie tekstowi (również w prozie) odpowiedniego rytmu i melodii. To wszystko decyduje o tym, czy coś czyta się z przyjemnością, ale również, i może przede wszystkim o tym, co z tego zostanie w głowie.

AH: Współpracował Pan już z wieloma ilustratorami. Czy któregoś z nich ceni Pan sobie szczególnie? Czy ilustratorzy się z Panem konsultują, czy porównują Pana wizję z własną na temat jakiegoś tekstu?

MB: Myślę, że istotą dobrej ilustracji jest samodzielna wizja artysty, która wydobywa z tekstu coś, o czym autor mógł myśleć, ale tego nie napisał. W tym sensie dobra ilustracją uzupełnia tekst, a nie powiela. Dlatego staram się nie ingerować w pracę ilustratora i robię to tylko wtedy, kiedy to jest naprawdę konieczne. Zresztą, poza nielicznymi wyjątkami, sam wybieram sobie ilustratorów spośród tych, których szczególnie lubię i cenię.

AH: Kto to jest freelancer i jak można nim zostać?

MB: Freelancer to jest ktoś, kto nie daje się usidlić żadnemu pracodawcy i wynajmuje się jedynie do konkretnej pracy, za którą każdorazowo negocjuje wynagrodzenie. W czasach, kiedy zajmowałem się pisaniem tekstów, haseł i scenariuszy reklamowych, zdarzało mi się od czasu do czasu być freelancerem. Jednak zawsze używałem bliższego mi określenia – wolny (albo swawolny) strzelec. A jak zostać wolnym strzelcem? Najpierw trzeba umieć dobrze strzelać, a potem sprawić, żeby inni o tym wiedzieli. Wszyscy znani mi ludzie, uprawiający w ten sposób swój zawód, najpierw przepracowali dobrych parę lat w kilku dużych agencjach reklamowych. Ja pracowałem w czterech.

AH: Czy często spotyka się Pan z małymi czytelnikami?

MB: Dosyć często, ale to nie jest nic regularnego. Czasem mam jedno spotkanie za drugim, dzień po dniu, po kilka spotkań dziennie, a czasem jest parę tygodni przerwy. To też się przydaje, żeby trochę odpocząć, bo te maratony bywają bardzo męczące.

AH: Czegoś Pana uczą te spotkania?

MB: Spotkania są znakomitym sprawdzianem. Kiedy czytam, przez cały czas bacznie obserwuję zachowanie słuchaczy. Intensywne wiercenie się i szepty są sygnałem, że należy podkręcić coś w tekście albo w sposobie jego podawania. Jednym z najlepszych przykładów tego, o czym mówię, jest moje pierwsze spotkanie z przedszkolakami. To było dobrze ponad dwadzieścia lat temu. Przy trzecim wierszu dzieci dosłownie wlazły na mnie. Wtedy zrozumiałem, że dla takich żywych maluchów o wiele ciekawiej jest wejść na pana poetę, niż słuchać tego, co on ma do powiedzenia. Dlatego teraz robię całe przedstawienia.

AH: Czy pisząc, wyobraża Pan sobie swojego idealnego odbiorcę? Czy też w ogóle Pan o tym nie myśli?

MB: Jedynym idealnym odbiorcą jestem ja sam. Kiedy piszę, staram się dobrze bawić. Cały czas jednak myślę o prawdziwym odbiorcy, sprawdzając nieustannie, zdanie po zdaniu, czytelność i zrozumiałość tego, co napisałem. Potem proszę kilka osób o opinię i często jeszcze wiele zmieniam.

AH: Czy ma Pan swoją ulubioną porę dnia najlepszą dla twórczości?

MB: Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy, kiedy muszę wyjść. Staram się wtedy szybko je zanotować, bo natychmiast uciekają. Poza tym dla mnie bardziej liczy się miejsce niż pora. Miejsce powinno sprzyjać skupieniu, czyli wyłączeniu z myślenia wszystkich wątków zakłócających. Dlatego świetnie mi się pisze w pociągu czy pokoju hotelowym. Przy własnym biurku przywoływanie muzy trwa zwykle o wiele dłużej.

AH: Jakie ma Pan plany wydawnicze na najbliższą przyszłość?

MB: W najbliższej przyszłości będzie trochę prozy: opowiadanie sensacyjne w zbiorku publikowanym przez łódzkie wydawnictwo Literatura i sześć krótkich opowiadań w zbiorze wydawanym przez Naszą Księgarnię. Jedno i drugie ukaże się pewnie z okazji Dnia Dziecka.

AH: Dziękuję za rozmowę.

Marcin Brykczyński
Fot.: Andrzej Krzyżanowski

Marcin Brykczyński o sobie:
Urodziłem się w Opolu nad Odrą i tam spędziłem całe dzieciństwo. Potem zamieszkałem w Warszawie. Z wykształcenia jestem ekonomistą, ale na szczęście dla ekonomii (i dla mnie) nigdy nim się nie stałem. Zamiast tego piszę. Właściwie od zawsze, bo już jako dziecko bawiłem się z braćmi w układanie wierszyków do zadanych rymów. Potem jakoś ciągle nie mogłem przestać i tak już zostało. Jednak nigdy nie chciałem zrobić z tego zawodu. Bałem się, że to popsuje dobrą zabawę. Nie popsuło. Staram się tylko nie sprawiać zawodu innym. Mam nadzieję, że to mi się udaje.

Strona internetowa autora: www.marcinbrykczynski.pl

(Dodano: 2013-03-14)