W wolnym czasie piszę książki – wywiad z Dariuszem Rekoszem, autorem książek dla dzieci i młodzieży

Nie mam jednej ulubionej grupy odbiorców. Pisanie dla młodszych czytelników jest chyba bardziej wymagające – trzeba zwracać uwagę na najdrobniejsze szczegóły – mówi Dariusz Rekosz w rozmowie z Agatą Hołubowską.

Agata Hołubowska: Czy Pana przygoda z literaturą zaczęła się od udziału w konkursie literackim dotyczącym Gdańska?

Dariusz Rekosz: Nie, kiedy wziąłem udział w konkursie na opowiadanie kryminalne, rozgrywające się w Gdańsku, miałem już na koncie około 10 książek. Trudno więc powiedzieć, że to właśnie wtedy rozpoczęła się moja przygoda z literaturą. Ale faktem jest, że „Tajemnica Neptuna” była pierwszym tekstem napisanym „na poważnie” dla dorosłych czytelników.

AH: A dla dzieci zaczęła się od przygód Morsa i Pinky (pod tytułem Szkolny detektyw…), którzy przepadliby pewnie bez wieści, gdyby nie dobra rada i wprawna ręka pewnego człowieka…

DR: Ta wprawna ręka należała do pana Bohdana Butenki. Jego rada odnosiła się do zmiany formy „Szkolnego detektywa” – z „zeszytowych wariacji” do „twardej powieści”. Nasze pierwsze spotkanie było spotkaniem telefonicznym. Około roku 2003 przypomniałem sobie, że będąc dzieckiem zaczytywałem się w świetnej książce, która składała się z kilku rozdziałów. Nie pamiętałem ani tytułu tej książki, ani nazwiska autora, ani nazwy wydawnictwa, ani nawet roku wydania. Jak przez mgłę kojarzyłem okładkę oraz niektóre fragmenty fabuły. Pamiętałem natomiast doskonale, że jej ilustratorem był właśnie Bohdan Butenko. Napisałem do niego tradycyjny list, wyłuszczając w nim wszystko, co pomogłoby rozjaśnić problem. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia Mistrz Polskiej Ilustracji po prostu do mnie… zatelefonował, stwierdzając, że faktycznie – ilustrował kiedyś taką książkę, która ukazała się w 1966 roku, nosiła tytuł „Księga portretowych zażaleń”, a jej autorem był Jerzy Kierst. Rozpoczęły się żmudne poszukiwania „Księgi”. W końcu na jednym z aukcyjnych portali namierzyłem unikatową pozycję i szczęśliwie udało mi się ją kupić. Oddzwoniłem wówczas do pana Bohdana z podziękowaniami za pomoc, a był to już czas, gdy „Szkolny detektyw” właśnie się urodził. Zapytałem wprost, czy Mistrz zgodziłby się zilustrować moje powieści i zostałem poproszony o przesłanie wydruków. Zgodził się i choć poszukiwania wydawcy nie były łatwe, w końcu udało się zrealizować nasz wspólny projekt pod tytułem „Mors, Pinky i…”.

AH: Czy Mors i Pinky mogą liczyć na kontynuację? Ostatnia, szósta już część, została wydana ponad dwa lata temu.

DR: Kontynuacji Morsa i Pinky na razie nie planuję. Uważam, że sześć części detektywistycznych przygód młodych ludzi, chodzących do zwykłej podstawówki jest wystarczającą ilością książek „innych, niż lektury”. Nie chciałbym tej serii ciągnąć w nieskończoność, dlatego też napisałem kilka innych książek (na przykład cykl o Czarnym Maćku).

Natomiast czytelnicy bardzo często pytają o książki z tej serii, często też odwiedzają stronę internetową związaną z „Morsem…”, co świadczy o popularności powieści. W chwili obecnej (koniec roku 2011) prawa do wszystkich sześciu części wróciły już do mnie i prowadzę rozmowy z kilkoma wydawcami na temat wznowienia przygód Leszka i Ali. Są wśród nich także wydawcy zagraniczni.

AH: O co najczęściej pytają młodzi uczestnicy spotkań z Panem?

DR: Nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że o wszystko. Najczęściej o inspirację oraz o to, jak to możliwe, żeby informatyk pisał książki. Ciągle bowiem spełniam się jako twórca stron internetowych i administrator zasobów sieciowych dla wielu firm, instytucji i osób prywatnych.

AH: Jedną z ostatnich Pana książek dla młodzieży jest „Tajemnica starej dzwonnicy”, powieść przygodowa z wątkiem kryminalnym. Trzyma w napięciu niemalże od pierwszej do ostatniej strony. Przywodzi na myśl klasykę tego typu gatunku: książki Nienackiego, Niziurskiego, Bahdaja… Czy są to autorzy, których sam Pan czytał w dzieciństwie? Czy w jakiś sposób się Pan na nich wzoruje?

DR: Nienacki, Niziurski, Bahdaj, Ożogowska, ale także Woroszylski czy Szmaglewska. Takich nazwisk mógłbym wymienić chyba jeszcze z tuzin i prawdą jest, że znacząco odcisnęły się na tworzeniu mojego literackiego świata. Każdemu pisarzowi najłatwiej inspirować się tym, co w życiu przeczytał, zobaczył, o czym usłyszał, rozmawiał lub miejscami, które odwiedził. Jeżeli mówi, że tak nie jest, to kłamie. Stąd z pewnością przygody Czarnego Maćka, Pinky i Morsa mogą się kojarzyć z Panem Samochodzikiem, Markiem Piegusem, Paragonem czy Szatanem z 7 klasy. Stosowany przeze mnie klasyczny wzorzec powieści awanturniczo-kryminalnej dla młodych czytelników znakomicie spełnia się w odniesieniu do obecnych czasów. Trzeba jedynie dać dzieciakom pożywkę w postaci zagadek, tajemnic, skarbów i zaszyfrowanych listów, a opowiedziana historia sama ich pociągnie.

AH: Jest Pan również autorem książek dla dorosłych, przedostatnia to thriller „Siostrzyczka”. Chętniej pisze Pan dla dorosłych czy młodszych czytelników?

DR: Nie mam jednej ulubionej grupy odbiorców. Pisanie dla młodszych czytelników jest chyba bardziej wymagające – trzeba zwracać uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Natomiast twórczość dla dojrzałych odbiorców wiąże się z wymyśleniem niebanalnej historii, jakiej nie spotkają w innych książkach.

„Siostrzyczka” (jak i wydany trochę później „Zamach na Muzeum Hansa Klossa”) jest thrillerem nietuzinkowym. Akcja dzieje się bardzo szybko, a czytelnik nie ma nawet czasu na głębsze zastanowienie się nad charakterologią tego czy innego bohatera. W obu tych kryminałach udało mi się wodzić czytelników za nos naprowadzaniem na złudne motywy i fałszywych sprawców, po czym odkrywałem przed nimi dodatkowe fakty, o jakich nie mieli zielonego pojęcia.

AH: Skąd wziął się pomysł na napisanie thrillera?

DR: Pomysł na „Siostrzyczkę” przyszedł wraz z propozycją wydawcy. Gdy „Tajemnica Neptuna” otrzymała bardzo dobre recenzje, wydawca poddał mi pod rozwagę rozbudowanie tego opowiadania do postaci „pełnometrażowej” powieści. Nie zgodziłem się i wówczas zaproponowano mi napisanie zupełnie nowej książki, która (warunek podstawowy i jedyny) rozgrywałaby się w Gdańsku i jego okolicach. Jeszcze raz zagłębiłem się w trójmiejski pejzaż i pozwoliłem, by Gdańsk stał się areną niesamowitej (chociaż wielce prawdopodobnej) historii o kilku zabójstwach.

AH: Znowu pojawia się Gdańsk – a przecież jest Pan mieszkańcem Śląska…

DR: Zagłębia. Urodziłem się w Sosnowcu, mieszkam w Dąbrowie Górniczej – są to miasta geograficznie i mentalnie przynależne nie tyle do Śląska, co do Zagłębia.

AH: Jak na kilkuletni okres twórczości literackiej (od 2005 roku) ma Pan imponująco duży dorobek, bo aż kilkanaście powieści. Jaki ma Pan system pracy, jeśli oprócz pisania zajmuje się Pan tworzeniem stron internetowych i podróżowaniem po kraju (i nie tylko) celem spotkania się z czytelnikami? Czy uważa się Pan za pracoholika?

DR: Nie, absolutnie nie uważam się za pracoholika. Na spotkaniach autorskich, których rzeczywiście „zaliczam” bardzo dużo, jestem czasami pytany: „co pan robi w wolnym czasie?”. Ponieważ w wolnym czasie robimy rzeczy najprzyjemniejsze, więc wymyśliłem sobie, że w wolnym czasie będę… pisał książki. I tak się też dzieje. Gdy idę do sklepu, jadę do urzędu, wychodzę z rodziną na spacer, grabię liście na działce, tworzę nową stronę internetową lub naprawiam coś w domu – czasu wolnego nie mam. Więc gdy już zrobię wszystkie te rzeczy, mogę zabrać się za pisanie. Pisanie jest moim hobby, przyjemnością i pasją. Nie traktuję pisania w kategoriach pracy. Bo kto z nas lubi chodzić do pracy?

AH: Co lub kto najbardziej Pana inspiruje?

DR: Odpowiem krótko – moje życie. To, czego w życiu doświadczyłem, a więc również przeczytane książki i obejrzane filmy, jest znakomitą inspiracją do tworzenia własnych historii. Poza tym, jak już wcześniej wspomniałem – rozmowy, miejsca, obrazy, ludzie, codzienne życie – tworzą znakomitą kanwę inspiracji.

AH: Czy pierwszymi czytelniczkami i krytykami Pana powieści są córki?

DR: Nie. Po pierwsze dlatego, że nie wszystkie książki, które napisałem, przeznaczone są dla dzieci. Po drugie – muszę pisać nie tylko z myślą o przyszłych czytelnikach (więc książka musi być zrozumiała dla „wszystkich”), ale także z myślą o przyszłych… redaktorach (a więc musi też być napisana „poprawnie”). Subiektywna ocena moich córek mogłaby spowodować, że nigdy nie skończyłbym żadnej powieści, bo zawsze byłoby jeszcze coś do poprawienia.

AH: Na spotkaniach autorskich opowiada Pan o powstaniu Muzeum Hansa Klossa w Katowicach. Czy uważa Pan za swego rodzaju misję przybliżanie filmu „Stawka większa niż życie” młodym czytelnikom?

DR: Oczywiście, że nie. Uważam wręcz, że filmy (ale i książki) powstałe „pokolenie” (lub nawet kilka pokoleń) temu mogą być dla dzisiejszych młodych odbiorców po części niezrozumiałe (np. uwielbiany „Mikołajek” trąci myszką i staje się niezrozumiały). Zmieniło się bowiem bardzo dużo. Od percepcji i „prędkości” postrzegania świata, aż do hierarchii wartości. Myślę, że młody odbiorca chętniej dziś utożsami się z bohaterami filmu „Avatar”, niż z jakimś czarno-białym facetem, który chyba jest Polakiem, przebiera się za Niemca i wszystkim wokół gra na nosie. Bardziej zależy mi na tym, żeby poprzez pop-kulturowe ujęcie historii powszechnej zainteresować młodego odbiorcę pewnymi tematami, które mogą kształtować jego postrzeganie przyszłości. Historia jest przecież powtarzalna.

AH: Akcje większości Pana książek rozgrywają się w Polsce. Czy są miejsca na świecie, w których szczególnie chciałby Pan umieścić swoich bohaterów?

DR: Bodaj tylko raz moi bohaterowie znaleźli się poza Polską („Mors, Pinky i zaginiony sztandar”) i raz planowali wyjechać („Czarny Maciek i wenecki starodruk”). Ale poza tym rzeczywiście akcja moich powieści rozgrywa się na naszym podwórku. Korzystanie z „obcych lokacji” jest trochę niebezpieczne – nigdy nie wiadomo, czy ulica, którą odjeżdżają złoczyńcy, nie jest czasem ulicą jednokierunkową, a oni nie mogą przecież zwracać na siebie zbytniej uwagi – przynajmniej do pewnego momentu. Łatwiej jest mi opisywać miejsca, w których bywam (lub byłem), bo pamiętam je z autopsji. Tak więc ponieważ bardzo chciałbym kiedyś zaliczyć Seszele, to… OK. Chciałbym, aby moi bohaterowie znaleźli się kiedyś na Seszelach.

AH: Gdyby miał Pan przedstawić się w kilku zdaniach czytelnikom Qlturki, którzy jeszcze Pana nie znają (a wierzę, że jest ich niewielu), to jak by to brzmiało? Liczę na krótką autoprezentację.

DR: www.rekosz.pl

AH: Proszę uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić swoje plany twórcze na najbliższy rok.

DR: Rok 2012 powinien przynieść kilka nowych pozycji książkowych mojego autorstwa. Zapewne będzie wśród nich super-poradnik-przewodnik zatytułowany „Piłka nożna – czyli o co w tym wszystkim chodzi” oraz próba odejścia od kryminału w stronę powieści obyczajowej – „Pocztówka z Toronto”. Prócz tego pojawi się także Czarny Maciek numer 3 i będzie najprawdopodobniej nosił tytuł „Czarny Maciek i tunele grozy”. Zatem, drodzy czytelnicy, szykujcie kieszonkowe! Znowu będzie się działo!

Z Dariuszem Rekoszem rozmawiała Agata Hołubowska.

Dariusz Rekosz

Dariusz Rekosz, ur. 11 kwietnia 1970 roku w Sosnowcu, pisarz, autor książek dla dzieci i młodzieży, m.in. serii „Mors, Pinky i…” oraz cyklu słuchowisk radiowych pod tytułem „Detektywów para – Jacek i Barbara”, emitowanych w Polskim Radiu Bis. Dla dorosłych napisał: „Szyfr Jana Matejki” [2 części], „Zamach na Muzeum Hansa Klossa”, „Siostrzyczka”. Laureat konkursu Kryminał Gdański (opowiadanie pt. „Tajemnica Neptuna”). Honorowy Ambasador Literatury Dla Dzieci i Młodzieży Kampanii Mama, Tata &… Myself?

(Dodano: 2011-12-09)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz