Wyobraźnia i prostota, w to wierzę – rozmowa z Hervé Tulletem

Od samego początku, od niemal pierwszej książki uważałem, że czytanie może angażować wszystkie zmysły. Całymi sobą możemy chłonąć treść książki, przyjmować to, co wydarzy się, gdy przełożymy stronę – mówi Hervé Tullet, który w październiku gościł w Polsce na zaproszenie Wydawnictwa Babaryba i Instytutu Francuskiego w związku z premierą książki „Turlututu. A kuku, to ja!”.

Ewa Świerżewska: Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, co zobaczyłam podczas prowadzonych przez Pana warsztatów. Dzieci i rodzice byli zachwyceni tym, w czym brali udział, Pan też wyglądał na zadowolonego.

Hervé Tullet: Tak wiele wrażeń. Na początek – czytanie. Widząc taki tłumek, zawsze zastanawiam się, jak będzie. A potem, gdy powiem: „ hello” i słyszę najpierw nieśmiałe, potem coraz mocniejsze „hello”, czuję „głos” zgromadzonych i wiem już, że mogę działać dalej. Wsłuchując się w reakcje dzieci i rodziców, wiem, co się dzieje (albo i nie, ale to zdarza się naprawdę rzadko, muszę przyznać). Wystarczą dźwięki z sali i skierowane w moją stronę oczy.

Podczas samego warsztatu najpierw odczuwam zamieszanie, całkowity chaos (uwielbiam to), później pojawia się pewien rytm, a na koniec, gdy wszyscy pracują nas swoimi malowidłami, bez moich wskazówek, kiedy czuję, że to ich rysunki, nie moje, ogarnia mnie radość, jakbym się znalazł we własnej galaktyce, własnej pracowni (szczególnie, gdy warsztatom towarzyszy muzyka).

EŚ: Książki z serii „Let’s Play Games” to nie są zwykłe książki, a raczej wciągające, interaktywne zabawki edukacyjne. Czy uważa Pan, że to kierunek, w którym powinny zmierzać książki dla dzieci?

HT: Nie zastanawiam się nad tym, taki mam styl. Od samego początku, od niemal pierwszej książki uważałem, że czytanie może angażować wszystkie zmysły. Całymi sobą możemy chłonąć treść książki, przyjmować to, co wydarzy się, gdy przełożymy stronę itp.

EŚ: Tworzy Pan książki dla najmłodszych dzieci, jednak i rodzice świetnie się przy nich bawią. W czym tkwi tajemnica?

HT: Tajemnica…? Nie ma żadnej tajemnicy. Jak Pani widzi, nie koncentruję się wyłącznie na dziecięcym odbieraniu świata. Interesuje mnie zarówno rodzic, jak i dziecko, każde na swój sposób odbierające to, co dla nich tworzę. Czytanie to kombinacja doznań. Gdy na przykład czyta się „Play of Light” („Gra światła”) przy latarce, w ciemności, znacznie bardziej interesujące niż tekst są doznania i komentarze czytelników. To od nich zależy, co powstanie podczas tego wspólnego czytania.

EŚ: W każdej Pana książce kryje się jakaś niespodzianka. Czy odnalezienie pomysłu na kolejną książkę to długotrwały proces?

HT: Każdego dnia rozglądam się za pomysłami. I czasem znajduję kawałek tej układanki. Pojawienie się pomysłu zajmuje zaledwie sekundę i towarzyszy mu magia, ale to takie rzadkie! W tej chwili chodzą za mną pomysły muzyczne i rzeźbiarskie.

EŚ: Od czego zaczyna Pan tworzenie książki dla dzieci? Od ilustracji, a dopiero potem przychodzi pomysł na całość, czy już od początku ma pan całościowy pomysł, a dopiero potem myśli o tekście i ilustracjach?

HT: Byłem dyrektorem artystycznym w branży reklamowej… Może to właśnie stąd mam taki zwyczaj. Najpierw znaleźć pomysł… Poczuć go… Następnie wybrać odpowiedni sposób wyrażenia go. Mam świra nie na punkcie sposobu przekazywania, a na punkcie pomysłów. (Cóż! Ze danego stylu może też zrodzić się pomysł… Ależ to skomplikowane!)

EŚ: Książka „Naciśnij mnie” (wydana w Polsce przez Wydawnictwo Babaryba) była dla mnie wielkim odkryciem. Obecnie, gdy tak ciężko zaskoczyć czymś dzieci, przyzwyczajone do gier komputerowych i aplikacji na urządzenia mobilne, stworzenie interaktywnej książki, która przyciągnie uwagę dziecka, to mistrzostwo. Jak Pan sądzi, co sprawia, że ta książka tak świetnie działa na małego odbiorcę? Słyszał Pan, że jest nazywana papierową aplikacją na iPada?

HT: Książka ukazała się w tym samy czasie, co zadebiutował iPad. Nawet jeden z francuskich dziennikarzy stwierdził, że wynalazłem iPada jeszcze przed Stevem Jobbsem (śmiech). Sęk w tym, że ja od początku działam na rzecz książek, a przeciwko iPadowi i komputerom.

Znacznie bardziej wierzę w wyobraźnię niż w technologię. Bardziej interesuje mnie ktoś, kto wynalazł nową potrawę, którą można ugotować na rozgrzanym kamieniu, niż innowacje komputerowe. Wierzę w prostotę. Potrzebuję jej.

EŚ: Czy sądzi Pan, że książki, takie jak Pan tworzy, mogą konkurować z aplikacjami i wygrać tę konkurencję?

HT: Aplikacje to aplikacje, a ksiażki to książki. Zrobiłem aplikację na podstawie „Naciśnij mnie”. Żeby się bawić, nie musisz przekładać stron (przekładanie stron w aplikacji – co za szaleństwo!!!). Jeśli wydawcy i autorzy będą podążać w tym samym kierunku, znajdzie się miejsce i dla książek, i dla aplikacji. Będą się uzupełniać.

EŚ: Jak, Pana zdaniem, będzie wyglądała przyszłość książek dla dzieci?

HT: Nie mam zdania na ten temat… Kocham książki – są pomocne przez całe życie. Właśnie w zgodzie z tym przekonaniem staram się tworzyć. Jeśli dziecko w wieku trzech lat zachwyci się książkami, to już dobry początek… Ale z aplikacjami jest tak samo, czemu nie? Jeśli są dobre pomysły i ciekawa realizacja, to bardzo dobrze. Problem pojawia się, gdy komercja wygrywa ze sztuką.

EŚ: Dziękuję za rozmowę!

Z Hervé Tulletem rozmawiała Ewa Świerżewska

Herve Tullet

HERVE TULLET (ur. 1958)
Autor ponad 70 książek dla dzieci – w tym wydanego w 25 krajach bestsellera „Naciśnij mnie” (edycja polska: wydawnictwo Babaryba). Nazywany księciem ilustracji dziecięcej oraz najbardziej znanym i najbardziej uwielbianym współczesnym ilustratorem. Wielokrotnie nagradzany jako autor książek dla najmłodszych (m.in. w Bolonii). Mieszka w Paryżu z żoną i trójką dzieci.

(Dodano: 2012-10-29)