Odkrywane na nowo – „Wesołe historie”

Zapewne zostałabym czytelniczką i bez tej książki, ale nie jestem przekona czy czytelniczką tak samo namiętną i zaangażowaną. Te kilka bajek, które mama czytała mi wciąż od nowa, to moje pierwsze wielkie odkrycie i przeżycie literackie. Kilkunastostronicowa przepustka do świata literatury pełnego wielkich przygód, silnych emocji i fascynujących bohaterów. I jako przedstawiciela takiego właśnie świata zapamiętałam moją książkę.

Po latach długo jej szukałam, pamiętając niewyraźnie okładkę, z dwiema pannami w zaplecionych warkoczach. Kiedy w końcu udało mi się ją odnaleźć, byłam aż rozgorączkowana z emocji: „Tak! To ona! Ta sama co wtedy!”. A potem pospieszna lektura i… rozczarowanie! To mają być te wielkie przygody? To moją być te silne emocje? To ma być fascynujący bohater? Gęsie jaje?…

Na szczęście nim cisnęłam książkę w kąt, nadeszła stosowna refleksja. Wszak pozycji tej nie pisano z myślą o ludziach mających za sobą lata ślęczenia nad grubymi, grubszymi i najgrubszymi tomami. To opowiastki dla najmłodszych czytelników, którzy swoją znajomość z książką dopiero zaczynają. I skoro mnie, jako dziecku, tak bardzo pomogły nawiązać z nią kontakt głęboki i długotrwały, to kto wie, może pomogą również i moim dzieciom. No i rzeczywiście, maluchy są zachwycone. Przynoszą książkę i podtykają mi pod nos. Mają w niej swoje ulubione bajki, a ich wybory niekoniecznie pokrywają się z moimi.

Książka, o której piszę, to „Wesołe historie” Ewy Szelburg-Zarembiny. W jej skład wchodzi osiem opowiastek czerpiących z twórczości ludowej i folkloru dziecięcego. Jedyne w swoim rodzaju, rytmiczne teksty, wypełnione powtórzeniami i zabawami słownymi, świetnie się czytają (chociaż czasami ma się wrażenie „łamania języka”) i wpadają w ucho. Już po kilku powtórkach (a prośba o powtórki ze strony dziecka murowana!) cytuje się z pamięci jeśli nie całość, to na pewno potężne partie tekstu. Jeśli przeczytamy tylko dwa najbardziej charakterystyczne dla tej książki tytuły, to już będziemy wiedzieli, z jaką stylistyką mamy w niej do czynienia. Proszę posłuchać: „Bajka o gęsim jaju, raku Nieboraku, kogucie Piejaku, kaczce Kwaczce, kocie Mruczku i o psie Kruczku” oraz „O kurce Złotopiórce i kogutku Szałaputku”. Melodyjnie, prawda?

Książkę można spokojnie zaproponować już dwulatkom, my opuszczamy tylko nieco odstającą stylistycznie od pozostałych i trudniejszą historię: „O tym, jak zajączek Szaraczek psa Burka wywiódł w pole”. W tekście zdarzają się fragmenty ostro trącące myszką – bo któż wie, co to jest przetak i cembrzyk, kto robi wiatraczki ze słomy albo nosi wodę w uchatym dzbanie? Ale moim dzieciom nie przeszkadza to przeżywać, najsilniejszych jak dotąd, emocji wywołanych przez sztukę: złodziejski najazd z „Bajki o gęsim jaju…” i niedźwiedzi „pogrom” z „Gości w glinianym dzbanku”.

Niestety, ten zbiorek opowiastek jest obecnie mocno kaleczony przez wydawcę, który nieodmiennie przystraja go jarmarcznymi ilustracjami. Szkoda byłoby, gdyby klasyka naszej literatury dziecięcej nie doczekała się współcześnie przyzwoitego wydania…

Agnieszka Sikorska-Celejewska

Wesołe historie

Wesołe historie
Ewa Szelburg-Zarembina
sugerowany wiek: 2+

(Dodano: 2009-09-28)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz