„Pinokio” – recenzja spektaklu

Historię tę grano na wielu scenach. Niejedno też dziecko słyszało już tę opowieść, szeptaną przez rodziców „do poduszki”. Być może potem śniło o bujnych, czasem niebezpiecznych przygodach, w których igrało ze śmiercią, ale też o tych dziecięcych, wiodących do Krainy Zabawek pokusach i pragnieniach. Pewnie też każdy dorosły w zakamarkach swej pamięci zachowuje chociażby fragmenty niezwykłych losów wymyślonych (a może zaobserwowanych) przez Carla Collodiego, zilustrowanych niegdyś w polskim wydaniu ręką Jana Marcina Szancera. Bo Pinokio, ten drewniany pajac, który stawał się człowiekiem, skończy niedługo 119 lat! Urodził się we Włoszech i mimo wieku wciąż jest młody, wciąż niepoprawny i wciąż… przyciągający. Tym razem przyciągnął do Teatru Polskiego w Warszawie i dużych, i małych. Zarówno jedni, jak i drudzy wytrwali do końca, chociaż spektakl, jak na taki, który adresowany jest do dzieci, trwa dość długo – 2,5 godziny z jedną przerwą. Wszyscy „ucztowali” do końca, by owacjami na stojąco wyrazić swój zachwyt…

„Pinokio” to spektakl zrealizowany z rozmachem, grany na dużej scenie, która pozwala na wykorzystanie przestrzeni, momentami onieśmielającej, ale też przypominającej, że jesteśmy w prawdziwym teatrze i nawet ci najmniejsi mają tu równe prawa i są traktowani z należytą powagą. Jest na niej i włoskie miasteczko, w którym mieszkał tatuś Gepetto, i teatr marionetek, i prawdziwy cyrk, w którym iluzjonista przecina zamkniętą w skrzyni kobietę na pół, i Kraina Zabawek, i szkoła, i Pole Cudów, i ciągnący wóz z niesfornymi młokosami zaprzęg osłów odzianych w pasiaki. Są znane książkowe postacie, które tu, na scenie, w niezwykle plastycznej formie ożywają. Oto z podłogi wyłania się głowa i kawałek korpusu Gadającego Świerszcza, oto na scenę wskakują oszuści – Kot i Lis, oto na środku oczekuje na Pinokia olbrzymie łoże, w którym powraca, pod czułym okiem Wróżki, do życia… Nie sposób wymienić wszystko i wszystkich. Barwne, piękne, sugestywne stroje; scenografia – czasem wydawałoby się, że bardzo umowna (chociażby las przedstawiony jedynie przy wykorzystaniu zielonych firan), jednocześnie zachwyca swoją prostotą (razem z córką zauroczyłyśmy się wielorybem – wielkie oczy przymocowane na materiale spoglądały z góry, a cała scena zasłonięta była od góry do dołu, z lewej do prawej strony zębami ze sznurków, za którymi spotkali się we wzruszającej scenie Pinokio i Gepetto) i uwodzi bajeczną kolorystyką (wielobarwne szarfy trzymane przez dzieci w Krainie Zabawek). Przez chwilę wszyscy czuli się wciągnięci do zabawy i również dorośli odrzucali ze śmiechem i z impetem spadające na nich ze sceny barwne poduszki…

Mimo że treść wcale lekka nie jest, bo przecież Pinokio ociera się i o niebezpieczeństwo, i oszustwo, i własną naiwność, i niefrasobliwość, i egoizm – nie raz wybuchają na widowni gromkie śmiechy. Swoisty klimat tworzy muzyka Grzegorza Turnaua, połączona z ludowymi włoskimi melodiami Pinokia oraz utworami Wielkich Kompozytorów, chociażby Rossiniego, Leoncavallo czy pieśniarki Lucilli Galeazzi. „Ah, vita bella” tak wpadła w ucho mojej czteroletniej córce, że nuciła ją jeszcze po zakończeniu spektaklu, pilnie domagając się nauki języka włoskiego… Muzyka pięknie wydostawała się z trąbki, akordeonu, gitary i instrumentów perkusyjnych – częściowo rozbrzmiewała z ukrycia, by raz zaprezentować się w całej okazałości (perkusja wraz z grającym nań muzykiem wyjechała na scenę).

„Pinokio” to opowieść o życiu, o dojrzewaniu, o stawaniu się z pajaca człowiekiem. Bo przecież pajac czy osioł to wcale nie brzmi dumnie. Ale nawet będąc nimi – można dorosnąć, zrozumieć, zmienić się. Ile jest z Pinokia w każdym z nas? Czy Pinokio to urwis, czy szukający własnej tożsamości zagubiony i zapatrzony we własne potrzeby chłopiec?

To sztuka, która bazując na prawdach wydobytych z wnętrza na światło dzienne przed ponad 100 laty przez Carla Collodiego wciąż stawia niebanalne pytania, jednocześnie wymuszając zastanowienie się nad odpowiedziami.

Moja córka pytała o smutek pajaca, zamykała oczy, gdy Lis i Kot snuli swą intrygę, przewidując, że Pinokio zostanie oszukany, zastanawiała się, jak to możliwe, by ryby zjadły oślą skórę, odsłaniając tym samym postać Pinokia, cieszyła, gdy ojciec z synem spotkali się w brzuchu wieloryba…, by potem razem ze wszystkimi bić gromkie brawa.

Anna Lubowicka

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz