Pani ze świetlicy – dzieci grają w gry

Każda szkoła ma świetlicę. No, prawie każda. Każda świetlica ma Panie Świetliczanki. Praca w świetlicy jest ciężka – dużo dzieci z różnych klas, przychodzących w różnych porach, wychodzących do domu o różnych porach. Trzeba towarzystwo ogarnąć, wysłać na obiad, na różne zajęcia…

Prowadzę od lat koło gier planszowych dla młodzieży. Takiej starszej i dorosłej. Gimnazjum, liceum, dorośli. Nigdy nie udało mi się zorganizować zajęć z gier planszowych po południu dla dzieci młodszych, takich z klas 1-3.

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że takie dziecko rodzice muszą przyprowadzić. Że dziecko takie musi mieć zagwarantowane, że spotka rówieśników, z którymi chętnie zagra. Że nie ma się co dziwić rodzicom, iż nie chce im się przyprowadzać dzieciaka na zajęcia, na których ono po prostu siedzi i gra. Grać w gry może też w domu. Uczyć się tańca czy muzyki już nie. Summa summarum, wymyśliłam, że skoro dzieci nie mogą przyjść do mnie, to ja pójdę do dzieci. Tak oto trafiłam do świetlicy szkolnej w jednej z większych szkół w Gliwicach. Prowadzę tam zajęcia od prawie dwóch lat. Dwa razy w tygodniu po trzy godziny. W ramach świetlicy. Przychodzi, kto chce. Nie ma zapisów, listy obecności. Jedynie liczenie dzieci, żeby się nie pogubiły.

Od samego początku wprowadziłam reguły:
– gry to zajęcie towarzyskie, gramy ze wszystkimi
– kto się kłóci lub bije, ten opuszcza natychmiast zajęcia (wystarczy jednorazowa akcja pokazowa)
– gramy z innymi dziećmi, a nie z panią (wymusza to na dzieciach szukania pary do grania)
– gry ładnie składamy po graniu
– nie obrażamy, się gdy przegrywamy.

pudełko gry

„Baba Jaga, 2pionki.pl

 

Reguły działają. Dzieci grają. Doszliśmy wspólnie do etapu, gdy przychodzi dobrowolnie ponad trzydzieścioro graczy. Wpadają i grają. Gdy się kłócą, to tak, żebym nie widziała, bo wiedzą, czym to grozi. Pierwsze dwie godziny zajęć to wolna amerykanka. Dopiero na trzeciej, gdy połowa dzieci idzie już do domów, mam czas i okazję, żeby wprowadzić nowe tytuły. Nie za często, nie za dużo. Raz na jakiś czas. I nie ma znaczenia, że czasami grają przez kilka spotkań z rzędu w jedną grę i nikt nie wie, czemu ich tak to fascynuje. Chcą, to grają. Jeżeli chcą pobawić się komponentami z gier, to też mogą. O ile oczywiście nikt w danej chwili akurat w ten tytuł nie gra. Nazywam to oswajaniem z grą.

pudełko gry

„3 świnki”, 2pionki.pl

 

Gdy dziecko się bawi i bawi figurkami, to prędzej czy później pada pytanie: „Psze pani, a jak się w to gra?”. Bo dzieci są ciekawskie i chłonne jak gąbka. A moje bycie panią ze świetlicy osiągnęło wspaniały etap. Gdy wchodzę do świetlicy, żeby zabrać dzieciaki do sali z grami – widzę, jak podrywają się z różnych miejsc i lecą z krzykiem: „Ja też! Ja też!”. Oraz do etapu, gdy ukrywają się u mnie pod stołem, bo nie chcą iść na inne zajęcia… I muszę przyznać, że jest mi wstyd, że mnie to cieszy. Nie, że ja jestem lepsza od innych. Nie i nie. Że moje zajęcia są lepsze od innych. Lepsze z punktu widzenia dzieci. A przecież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? O pasję i nic więcej.

Merry Nowak-Trzewiczek
2Pionki.pl

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz