Dzień, w którym zaczęłam się bać, czyli jak rozmawiać z dziećmi o uchodźstwie

Pamiętam dokładnie ten dzień. To był sierpniowy poranek, ponad dziesięć lat temu. Biorę na ręce maleńką córeczkę i siadam w białym fotelu obok jej wiklinowej kołyski. Jest ciepło, ona ma zielone śpioszki, a ja zwiewną sukienkę w kwiaty. Po chwili nie mogę powstrzymać łez. Pamiętam to dokładnie, bo to był dzień, w którym zaczęłam się bać…

I nie chodziło o to, że bałam się o zdrowie mojego nowo narodzonego, pierwszego dziecka, bo to oczywiste. Każda młoda mama boi się wszystkiego: szczepień, ząbkowania, obcinania paznokci i pierwszej gorączki. Ja, trzymając to maleństwo na rękach, zdałam sobie sprawę, że zaczęłam bać się wojny. Wcześniej właściwie nie bałam się niczego – nawet dentysty, nawet sesji egzaminacyjnej – a przecież studiując dwa kierunki równocześnie zdarzało się, że miałam po kilkanaście egzaminów w przeciągu dwóch tygodni. Teraz poczułam paraliż. Bo przecież gdyby przyszła wojna, to co ja bym zrobiła z tym dzieckiem? Jak bym je ochroniła, czym nakarmiła, jak zapewniła dach nad głową? I choć hormony się uspokoiły i zaczęłam po jakimś czasie spać spokojnie, lęk o bezpieczeństwo dziecka, dzieci, pozostał.

Czasem jestem na siebie zła, ale nie umiem przestać się tego bać. Dlatego też nie umiem nie zauważać tragedii – właśnie takiego zapierającego dech w piersiach lęku matek i ojców w Aleppo. Nie umiem nie rozmawiać o tej wojnie, siedząc, jak wtedy w fotelu, znów z maleńkim dzieckiem w ramionach. Nie umiem zrozumieć, dlaczego w dobie turystycznych lotów na księżyc nie umiemy pomóc drugiemu człowiekowi. I nadal nie umiem pojąć, dlaczego wciąż uczymy dzieci, że bohaterem jest ten, kto odda życie za swój kraj, a nie ten, kto całym swoim życiem walczy o pokój. Wiem, że nie jestem w takim myśleniu osamotniona i choć wyjątkowo trudno jest mi czytać tak przejmujące książki o tragedii dotykającej dzieci, to dziś, między innymi o kolejnych lekturach z serii: „wojny dorosłych – historie dzieci”.

„Chłopiec z Lampedusy”, Rafał Witek, ilustracje Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

chlopiec-z-lampedusy

Piękna to historia, po trosze wymyślona, po trosze prawdziwa. Oto poznajemy Andżelikę i jej mamę. Mieszkają na włoskiej wyspie, bo rodzice postanowili wyemigrować z Polski „za chlebem”. Nie jest im łatwo: mieszkają kątem u surowej starszej Włoszki. Ojca – kierowcy dużych ciężarówek – dziewczynka praktycznie nie widuje, matka też całymi dniami pracuje w hotelu. Pewnego ranka Andżelika wypatruje na morzu „niewyraźny, żółtawy kształt”, a pod wieczór, wracając ze sklepu nabrzeżem, dostrzega w wodzie chłopca. Dziwi się, bo chłopiec „kąpał się w ubraniu”. Andżelika pomaga mu wydostać się na brzeg i zabiera go do swojego domu (tak po prawdzie to z powodu skradzionego chleba). Tak rozpoczyna się włoska historia cudem ocalałego z zatopionego statku chłopca, uciekiniera z Erytrei. O Andżelice, jej wspaniałej matce, roli, jaką w tej opowieści odegrała Siniora Ragusa i o tym, że nie trzeba mieć wcale dużego domu (tylko duże serce, by przyjąć do siebie uchodźcę) – o tym wszystkim jest ta książka. Książka, która ma szczęśliwe zakończenie i mnóstwo aktualnych życiowych mądrości. Jak choćby ta, którą autor włożył w usta Tandżina, że „cierpliwy ugotuje zupę choćby i z kamienia”. Bardzo chcę w to wierzyć. Bo bardzo potrzeba nam dziś takiej cierpliwości.

„Hebanowe serce”, Renata Piątkowska, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

hebanowe-serce

Ta książka zdobyła III nagrodę w IV Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren. I ta nagroda nas nie dziwi, bo książka jest niebywałe wzruszająca. Bohaterem jest mały chłopiec, na imię mu Omenek. Poznajemy go w nocy, gdy wraz z mamą wypływają z niewielkiego portu Zuwara w Libii. I od tej pory właśnie oczyma Omenki będziemy oglądać tę ucieczkę do lepszego, bezpiecznego życia w Europie. O przeprawie przez pustynię, o bezdusznym oszustwie przewoźników, o śmierci współpasażerów, o rozdzieleniu z ojcem, o trudach morskiej podróży, braku jedzenia i wody, ale również o tym, czym jest prawdziwa wiara, o granicach odwagi i trosce o najbliższych – o tym wszystkim jest opowieść Renaty Piątkowskiej, autorki innej, niezapomnianej dla mnie książki „Wszystkie moje mamy”. Czy Omenka spotkał się z ojcem i czy on w ogóle dotarł na Lampedusę, oraz kim był Ozyrion – dowiemy się, czytając tę niezwykłą opowieść. Bardzo trudną, ale jakże nam dziś potrzebną.

„Wędrówka Nabu”, Jarosław Mikołajewski, ilustracje Joanna Rusinek, Wydawnictwo Austeria, Krakow 2016.

wedrowka-nabu

 

I jeszcze mała Nabu. Dziewczynka, której determinacja jest ogromna. Nabu – jak Omenka i Tandżin – ucieka ze swojego dotkniętego pożogą wojenną kraju. Ucieka za wszelką cenę, ucieka wbrew woli rodziców, ucieka, by przynieść wybawienie również dla swoich bliskich. I to jest dla mnie chyba w tej książce najważniejsze: owo wybawienie – nadzieja – prawdziwa walka o lepsze jest dzieckiem, jest dziewczynką! Literacko najwspanialsza (wyróżniona w konkursie IBBY ), doskonała i w tej doskonałości świadomie nie eksponuje prawdy wprost, bo mówi językiem skierowanym do dzieci, językiem bajki. Ale i tak wyjątkowo trudna to książka.

Nabu jest pogodna, Nabu jest radosna, Nabu zdaje się nie rozumieć świata dorosłych. Z drugiej strony jak można rozumieć bezduszność ludzi, z którymi przyjdzie się jej spotkać. Nikt jej jednak nie skrzywdzi, ona jest silna, popłynie choćby wpław. Ona ma na imię Nabu.

I choć do tej pory nie pisałam o ilustracjach, to teraz zrobię wyjątek. W tej książce bowiem ilustracje przestają być subtelne i sporadyczne. Joanna Rusinek jest współautorką opowiadania o Nabu – wrysowuje swoją charakterystyczną kreską cały ból, jaki pomieścić może w swoim sercu uchodźca. Cały strach. Ilustracje wypełniają emocjami słowa, a słowa wnikają w te obrazy. Całość zostaje z nami na długo, oby na zawsze.

Musimy czytać z dziećmi takie książki, musimy rozmawiać o prawdziwych ofiarach konfliktów zbrojnych. Bo może nie Rezolucja Parlamentu Europejskiego, ale ludzka solidarność w końcu pomoże nam przygarnąć tych ludzi z łódek, te osierocone dzieci. Będzie to przykład, który w dorosłe życie poprowadzi nasze dzieci. Wierzę, że dzięki temu będą one dla drugiego człowieka dobre. Tylko tyle i aż tyle…

Kalina Cyz

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz