Może nie będzie tak źle – rozmowa z Beatą Jewiarz

Na dobrą książkę nigdy nie jest za późno, tak samo jak na czytanie – mówi Beata Jewiarz – dziennikarka, aktorka, animatorka kultury, laureatka tegorocznej nagrody Polskiej Sekcji IBBY za upowszechnianie czytelnictwa w rozmowie z Kaliną Cyz.

Beata Jewiarz (003)

KC: Odwracamy role. Dzisiaj masz wolne od zadawania pytań i bardzo się z tego cieszę. Również z tego, że rozmawiamy w zupełnie wyjątkowym czasie. Z jednej strony, dzień przed Międzynarodowym Dniem Książki dla dzieci [2 kwietnia], a z drugiej strony to też czas, gdy protestują nauczyciele. Wiem, że oba tematy są dla Ciebie bardzo ważne.

BJ: Dziś rano wrzuciłam post na facebooka, z komentarzem do tego, co znalazłam w dzienniczku córki. Chodziło o strajk nauczycieli. Zdałam sobie sprawę, po raz kolejny, że edukacja nas bardzo obchodzi. W szczególności tych, którzy mają dzieci w wieku szkolnym. I dodatkowo, mam wrażenie, że kobiety mają bardzo dużo inspirujących przemyśleń i inicjatyw w tym obszarze. Panowie, ojcowie, gdzieś znikają w codziennej dyskusji o szkole. Edukacja to olbrzymi temat, na osobną rozmowę. Ale to, co ważne – wokół nas działa ogromna rzesza ludzi, która robi dużo na rzecz społecznego, artystycznego i kulturowego rozwoju dzieci. Prowadzi niezależne szkoły społeczne, demokratyczne, działa edukacja domowa. Organizacje pozarządowe, stowarzyszenia, grupy animatorów inicjują rozmaite projekty i nie wyobrażam sobie, by było inaczej. Ta społeczna twórcza wrzawa jest nam bardzo potrzebna. By widzieć potrzeby z różnych stron, rożnych ludzi. Bo przecież różnimy się w wielu sprawach. Ale mamy ten sam cel – dzieci. Ich społeczny, twórczy, wszechstronny rozwój. Sami rodzicie podejmują również szereg inicjatyw edukacyjnych, biorąc sprawy w swoje ręce.

KC: I to chyba może być dla nas słowo-klucz: rodzice…

BJ: Dokładnie. Rodzice mają wpływ na życie swoich dzieci i w dużym stopniu na ich funkcjonowanie w szkole, w przedszkolu. W szczególności, jeśli uwierzą, że ich głos ma moc zmiany. W „Niedzielnym Poranku” bardzo często rozmawiamy w gronie pedagogów, twórców, ekspertów, wykładowców akademickich o potrzebach dzieci, nauczycieli, rodziców. Większość, widząc rozmaite słabości polskiego systemu oświaty, mówi o tych bolesnych brakach. Zaniedbania są wieloletnie. To nie są kwestie sporne ostatnich dwóch, trzech lat. Zastanawiamy się wszyscy, kiedy ten edukacyjny kryzys się skończy, kiedy przyjdzie taki moment, że nas wszystkich oświeci. Taki czas, kiedy naprawdę zgodzimy się z tym, że ponad wszystko ważne są potrzeby dzieci. Nie interesy władzy, tej czy innej. Chciałabym doczekać momentu, w którym spojrzymy na edukację ponad podziałami politycznymi, bardzo merytorycznie, skupiając się na poszerzaniu możliwości edukacyjnych, społecznych, kulturowych dzieci i młodzieży. Zdaję sobie sprawę, że są to procesy długoletnie i potrzebny jest bardzo szeroki namysł społeczny, zarówno przedstawicieli uczelni, jak i władz ministerialnych, nauczycieli, rodziców, mediów – do tego, by wzajemnie nauczyć się słuchać. I tu zaczyna się kolejna, bardzo długa opowieść. O kulturze młodych. Jesteśmy w szczególnym momencie, ponieważ niedawno Narodowe Centrum Kultury opublikowało wyniki badania: „Dorośli w świecie sztuki dla dzieci. Wybory kulturalne opiekunów”. Mam nadzieję, że prezentacja wyników tych badań będzie dostępna publicznie.

KC: A dlaczego według Ciebie to takie ważne, byśmy je poznali?

BJ: Bo… te wyniki są bardzo smutne! Porażające jest to, że rodzice rozumieją kulturę jako dobre i właściwe zachowanie się. W praktyce oznacza to, że rodzice nie interesują się wprowadzeniem dzieci do świata kultury, by poznać, zobaczyć teatr, koncert, przyjść na spotkanie autorskie, zobaczyć film aktorski dla dzieci – dobry film. Oczywiście pojawia się kluczowe pytanie…

KC: Co to znaczy dobry film, teatr, książka?

BJ: Tak. Dla każdego z nas słowo „dobry” znaczy coś innego. Ale w wypadku dzieci jesteśmy odpowiedzialni za to, co je buduje emocjonalnie, ideowo, jak się kształtuje ich wrażliwość. Mówiąc „dobry”, myślę o jakości artystycznej, sygnowanej dorobkiem artysty, nagrodami, które zdobył, instytucją, z którą współpracuje, poziomem realizacji danego dzieła twórczego i odpowiednim do wieku dziecka przekazie. To razem, daje nam podstawy, by zaufać twórcy, ale ostatecznie nasza wrażliwość, wiedza powinny nam pomóc w dokonaniu wyboru. Z badań Narodowego Centrum Kultury wynika, że rodzice mają problem z dotarciem do informacji, na których mogliby opierać swoje kulturalne wybory. Badanie było przeprowadzone w dużych ośrodkach: w Gdańsku, Warszawie i Łowiczu – niestety nie znamy w tym kontekście oblicza wsi. Ale może i lepiej, skoro i tak jest mało optymistycznie.

KC: A może prawdziwym problemem jest to, że rodzice zwyczajnie nie wiedzą, gdzie szukać oferty kulturalnej dla swoich dzieci?

BJ: Tak, jak najbardziej. To badanie pokazuje ogromny brak rekomendowanych, wiarygodnych źródeł informacji na temat kultury dla dzieci, na poziomie lokalnym, krajowym. Brakuje portali dobrze rozreklamowanych, wiarygodnych, rekomendowanych przez instytucje kultury, tak by rodzic mógł w łatwy sposób sprawdzić, co się dzieje kulturalnie w jego okolicy. Co jest warte zobaczenia i dlaczego. Jakie z tego mogą płynąć korzyści. Inna kluczowa sprawa – czy rodzić jest tym zainteresowany, czy ma motywację do tego rodzaju poszukiwań?! Okazuje się, że niestety nie.

Mieszkańcom dużych miast może się wydawać, że tego rodzaju źródeł wiedzy mamy dookoła mnóstwo. Ale w badaniu NCK tego nie widać! A przecież badania prowadzono w dwóch dużych miastach. Widać natomiast ogromny brak świadomości tego, co nam daje kultura, deficyt informacji i problem z jej dostępnością. I tu znowu otwieramy kolejny wielki temat: jak funkcjonują oddolnie, lokalnie, w małych wsiach i miasteczkach: biblioteki, domy kultury, księgarnie?! To są instytucje, które są szalenie ważne dla rozwoju kultury. I często to tam zainteresowani rodzicie znajdują dla swoich dzieci rozmaite propozycje. Największą jednak nadzieję, w odniesieniu do raportu NCK – widzę w nauczycielach. Ta grupa najbardziej rozumie znaczenie kultury dla rozwoju dziecka. Ale i tutaj potrzebne jest potężne wsparcie merytoryczne i informacyjne dla nauczycieli.

KC: Jedną rzecz musimy uściślić, bo jednak czytają nas rodzice, którzy są fantastycznie zorientowani w tematach kulturalnych i…

BJ: I zdecydowanie nie chciałabym, by poczuli się urażeni! Akurat Państwo pewnie korzystacie z takich portali jak Qlturka.pl. Sam fakt, że czytacie tę rozmowę, jest dowodem na poszukiwanie wiedzy. Pytanie – jak dotrzeć do tych, którzy kulturą się nie interesują?! Konia z rzędem temu, kto zna odpowiedź, jak edukować skutecznie, masowo rodziców.

KC: Wróćmy jeszcze na chwilę do raportu Narodowego Centrum Kultury. Wspomniałaś, że pojawiła się nadzieja; że nie było tylko tak przerażająco.

BJ: Tak. Tym światełkiem w tunelu są, jak mówiłam, nauczyciele, ale oni też potrzebują ogromnego wsparcia systemowego, informacji. Weźmy trzy główne obszary kultury dzieci: literatura, teatr i muzyka. Jak one się mają dziś w szkole? Biblioteki szkolne potrzebują nowości, większych przestrzeni, jednym słowem potężnego dofinasowania. Owszem, działa cały czas program Biblioteka Plus, jest dużo projektów inicjowanych przez Instytut Książki, które wspierają biblioteki. Ale realnie – deficyty i potrzeby są ogromne. Mamy zmieniający się kanon lektur. Anna Czernow, prezeska Polskiej Sekcji IBBY, mając na uwadze wspieranie czytelnictwa, mówi wprost: „Lektury powinny w dużym stopniu odpowiadać na potrzeby współczesne dzieci. Jeśli takie lektury znajdą się w podstawie programowej, obok klasyki, to dobrze. Jeśli jest zaburzenie proporcji, mało współczesnych książek, to mamy powody do zmartwień”.

Kolejny obszar – teatr. W podstawie programowej nieobecny. Jako hobby, po zajęciach, zdarza się. Mając świadomość tego, że z pomocą pedagogiki teatralnej możemy budować z młodymi ludźmi dialog na wielu płaszczyznach – emocjonalnej, społecznej, kulturowej, wielka szkoda, że nie mamy systemowych rozwiązań, by włączać, np. działania dramy do podstawy programowej. Teatr, podobnie jak literatura, może pomóc zrozumieć siebie. I to jest szalenie cenne narzędzie dzisiaj, kiedy mierzymy się społecznie z agresją, dyskryminacją, depresją nastolatków. I jeszcze muzyka – lekcje muzyki w podstawie programowej to tylko teoria. Nie ma miejsca na spotkanie z żywą muzyką.

KC: I to jest pytanie: dlaczego przedmioty twórcze nie istnieją w szkole?

BJ: Dlaczego nie istnieją w takim stopniu, w jakim mogłyby dopełniać podstawę programową? Wyobraźmy sobie twórcze, praktyczne zajęcia plastyki, muzyki, teatru, pracownie warsztatowe. Pracownie, w której dziecko może spróbować grać na instrumentach bez nut i śpiewać. Poczuć dźwięki – czy w klasowym zespole muzycznym, czy w chórze. Chóry szkolne są obecne, na tej samej zasadzie co szkolne teatry. Po godzinach, hobbistycznie. I tu szalenie ważna rzecz – lekcje muzyki powinni prowadzić profesjonalni muzycy, osoby merytorycznie do tego przygotowane. I to jest głos ekspertów, ludzi, którzy działają na rzecz umuzykalnienia dzieci od wielu lat, tak jak Viola Łabanow z Fundacji Muzyka jest dla Wszystkich. Aktualnie Fundacja zachęca wszystkich uczniów, nauczycieli, rodziców, do udziału w projekcie „Grajmy w szkole”, który znajdą Państwo na FB.

KC: W tym miejscu muszę trochę ad vocem. Moja córka jest dziś w szkole muzycznej, ale kiedy była jeszcze mała, miała ze trzy lata, zaczęliśmy ją zabierać na koncerty. Pamiętam koncert na Festiwalu „Chopin i jego Europa”, gdzie siedząca za nami Ciocia Jadzia – czyli pani Jadwiga Mackiewicz – ocierała łzy ze wzruszenia, mówiąc nam później, że dla takich chwil warto było żyć i te pięćdziesiąt kilka lat prowadzić Poranki muzyczne w Filharmonii. Ale, żeby nie było tak ckliwie i różowo: na tym samym koncercie, i wielu innych, słyszałam regularnie, że po co z tym dzieckiem tutaj, że ona za mała, że to nie dla niej, że ją męczę. Czyli, że my wszyscy, nawet melomani z Filharmonii, nie jesteśmy wrażliwi na potrzeby kulturalne dziecka. Moja córka uwielbiała i do dziś uwielbia chodzić na koncerty. To dla niej święto. Jestem pewna, że muzyka już zawsze będzie częścią jej życia. A na koncertach nawet jako maluszek zachowywała się lepiej niż niejeden dorosły. Ale to my, dorośli, odbieramy dziecku prawo uczestniczenia w kulturze. Stawiamy granicę – to dobro kultury nie jest dla dzieci; jesteśmy niewrażliwi na tego typu potrzeby i pomijamy je w procesie edukacji.

BJ: Mówisz o bardzo ważnej rzeczy. To jeden z obszarów, który jest mi niesamowicie bliski – edukacja twórcza dzieci. Od lat jest traktowana w szkole jako tzw. „michałki”. Nie wiem, skąd się wzięło takie przekonanie, że to, co tworzy naszą kulturę, w procesie edukacji jest najmniej ważne. Przecież nie wyobrażamy sobie życia bez ukochanej muzyki, książki czy filmu, który potrafi wzruszyć nas do łez. A przecież to wszystko to wytwory kultury. One są wszędzie wokół nas, w szkole również. Ale paradoksalnie szkoła nie mówi nam o tym, jak możemy wykorzystać te dobra w poznawaniu świata. Dziecko jest zanurzone w kulturze na rozmaite sposoby. A naszym zadaniem, i użyję tutaj mocnego słowa: naszą powinnością, jest dawanie dzieciom tego, co najlepsze. Jednocześnie – dbajmy o różnorodność. Niech dziecko posiada w swojej biblioteczce książki, powiedźmy – kiczowate, ale i te nagrodzone w konkursach na najlepszy projekt graficzny. Różnorodność jest podstawą w rozwoju dziecka. I wreszcie, co najważniejsze – nauka przez zabawę. Bo tak właśnie najlepiej, najintensywniej dzieci poznają świat. Zabawa jest kluczowym elementem procesu twórczego dzieci. Od najmłodszych lat, od edukacji żłobkowej, przedszkolnej.

KC: Zatrzymajmy się przy literaturze. Kiedy nasza rozmowa się ukaże, będziemy obchodzić Światowy Dzień Książki. Co czytała uczennica Beata Jewiarz?

BJ: (śmiech) Byłam tak zwaną piątkową uczennicą, czytałam przykładnie wszystkie lektury. I raczej nic ponad to. Za to lubiłam komiksy. Uwielbiałam „Przygody Smoka Diplodoka”, „Tytusa, Romka i A’Tomka”. To komiks był pierwszą ważną dla mnie książką. A prawdziwa miłość do literatury zaczęła się dużo później, dopiero w liceum. Miałam wtedy przyjaciółkę rozkochaną w literaturze fantasy i to ona podsunęła mi opowiadania o Wiedźminie. Tak rozpoczęła się moja przygoda z książkami Andrzeja Sapkowskiego, która później, po latach, cudownie się dopełniła. Jako aktorka miałam przyjemność dubbingować główną postać kobiecą, Yennefer, w grze komputerowej „Wiedżmin3. Dziki Gon”. To była niesamowita przyjemność i wspaniała klamra łącząca dwa światy – moje młodzieńcze rozkochanie w literaturze i aktorskie zadanie. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez wieczornego czytania w wannie. Na dobrą książkę nigdy nie jest za późno, tak samo jak na czytanie. Może więc nie ma się co przejmować, jeśli, robimy, co możemy, a dzieci niechętnie czytają. Moja córka Maja, otoczona mnóstwem książek, na razie się do nich nie rwie. Uwielbia nasze wieczorne czytanki, bez nich nie zaśnie, ale sama z siebie – a ma lat siedem – nie zaczytuje się. Ubolewam nad tym, ale mam nadzieję, że mimo wszystko, córka pójdzie w ślady mamy (śmiech). I może nie będzie tak źle!

KC: Wspaniała to klamra dla naszej rozmowy. Bardzo serdecznie dziękuję. I może na koniec zdradzimy czytelnikom, że już niebawem ciąg dalszy naszej rozmowy o kulturze młodych.

Z Beatą Jewiarz rozmawiała Kalina Cyz.

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz