Lektury jak najbardziej szkolne, czyli co czytać na początku września. Część 1.

Nie mogę w to do końca uwierzyć – wakacje minęły jak mrugnięcie powieki. Wracamy do domu i do szkoły. Zeszyty kupione, biurko przygotowane, mundurki wyprane wiszą równiutko w szafie, czekamy już i tylko na podręczniki. Zanim je dostaniemy, podsuwam mojej córce inne lektury, ale… jak najbardziej szkolne! Sama je wcześniej wnikliwie przeczytałam, więc gorąco polecam.

1. Zacznijmy od historii – „Strrrasznej historii” nawet! Każde kolejne wydanie książek Terry’ego Deary sprzedaje się doskonale, a przypomnieć należy, że londyńskie wydawnictwo Scholastic Ltd. rozpoczęło ich druk w 1993 roku. Nie inaczej będzie z pewnością i tym razem. Wydawnictwo Egmont właśnie wznowiło tę serię w Polsce, wydając niektóre tomy (jak „ Ci rewelacyjni Grecy”) po raz dziesiąty!

Książki są świetnie wydane, lekkie – w sam raz, by je zabierać do szkoły i podczytywać pod ławką.

Fantastyczne jest to, że można zacząć od dowolnego tomu i dowolnego miejsca w historii. Ja na przykład zaczęłam od średniowiecza – „To okropne Średniowiecze” Terry Deary, ilustracje: Martin Brown, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018. Urzekł mnie sposób, w jaki autor rozprawia się z okrucieństwem średniowiecznej (hm…) pobożności i miejscem kobiety w średniowiecznym świecie. Od chwili opuszczenia przez Rzymian Bretanii, po odkrycie Ameryki, zaczytujemy się w meandrach tych mrocznych czasów. Jest kalendarium, są historyczne fakty, jest ich arcyzabawna interpretacja, są quizy, testy, komiksy i mnóstwo, mnóstwo strrrasznej historii. I na dodatek jest to tak opowiedziana historia, że nie wiedzieć kiedy, staje się ona ulubionym przedmiotem każdego ucznia!

„Ci wredni Rzymianie” i „Ci rewelacyjni Grecy” – we wspaniałym tłumaczeniu Jarosława Kiliana (tekst: Terry Deary, ilustracje: Martin Brown, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018) to również smakowite kąski, ale prawdziwie serce rośnie, kiedy obserwuję z jakimi wypiekami na twarzy i w jakim tempie (!) dwunastolatki czytają o krwawej historii imperium Inków („Ci niewiarygodni Inkowie” Terry Deary, ilustracje: Martin Brown i Philip Reeve, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018), albo o tym, że gdyby żyły w czasach Wikingów („Ci okrutni Wikingowie”, jw.) mogłyby już spokojnie wychodzić za mąż. Moja profesor od historii mawiała, że „historia to daty, daty i daty”! W książkach Terry’ego Deary daty ukryto między rzeczowymi informacjami o torturach, okrutnych wprost podbojach, paskudnych zbrodniach i niemieszczącej się w głowie współczesnemu nastolatkowi dawnej codzienności. Całość jest świetna. Kto jeszcze nie zna tej serii, musi to koniecznie tej jesieni nadrobić.

straszna historia_banner 1170x340_ver1

2. Nie jestem mistrzem informatyki, o komputerach wiem niewiele, na dodatek nie lubię, gdy dzieciaki spędzają dużo czasu przed monitorami. Dlatego dość sceptycznie przyjęłam książki o kodowaniu. Mówię szczerze. Ale od czego ma się dwunastolatkę w domu! Poprosiłam moją Bognę o przeczytanie pierwszej części „Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni” Staci Deutch, Wydawnictwo Wilga, Warszawa 2018. Następnego dnia wpadła do salonu krzycząc, że to wspaniała książka i że Nina (jej przyjaciółka) też tak uważa. No to przeczytałam i ja. Rzeczywiście książka jest świetna, napisana lekkim, „młodzieżowym” piórem. Lucy, która jest naszą przewodniczką w klubie kodowania to właściwie dziewczyna, jak każda inna – przez co bardzo czytelniczkom bliska. I choć jest w tej opowieści tzw. „drugie dno”, bo nie o samą umiejętność kodowania chodzi, dziewczyna chce stworzyć aplikację, która ma pomóc chorym osobom (konkretnie jej wujkowi), najbardziej wzrusza mnie przedmowa Reshmy Saujani. W kilku zdaniach założycielka organizacji Girls Who Code opowiada, co to takiego jest kodowanie i dlaczego tak ważne jest, byśmy poznawali i czytali o dziewczynach-programistkach. Ważne, by nasze dziewczyny: córki, siostry czy wnuczki wierzyły, że mogą być kim chcą. Druga część, czyli „Dziewczyny kodują. Przyjaciółki rządzą” Stacia Deutsch, Wydawnictwo Wilga, Warszawa 2018 zagłębia nas w arkana kodowania. Oto dziewczyny ze szkolnego klubu przygotowują się do hakatonu, czyli całodziennego maratonu dla programistów. Zadanie dla uczestników nie jest jednak proste, bo już nie o aplikację chodzi, a o… robota. Trzeba go zbudować i zaprogramować jego działanie. Czy Soph, Mai, Leili, Lucy oraz Erin poradzą sobie „śpiewająco”? Czy wygrają hakaton? I czego w roztańczonym finale dowiedzą się o sobie? Przeczytajcie koniecznie. Wiem, że niebawem ukaże się cześć trzecia kodujących dziewczyn i powiem szczerze, że już na nią czekam.

Dziewczyny koduja_1_3D (002)

3. Dla tych, co kolekcjonują słowa… „Innymi słowy. Niezwykłe słowa z różnych stron świata” Yee-Lum Mak w przekładzie Michała Rusinka, ilustracje Kelsey Garrity-Riley; Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018.

Kolejna urocza książka w serii ArtEgmont. Jest niewielkich rozmiarów, w stonowanych kolorach; z piękną okładką, która nie zdradza, że mamy do czynienia z książką dla dzieci. W pierwszych słowach autorka mówi nam, jak się to wszystko zaczęło; że najpierw było portugalskie słowo „saudade”. Yee-Lum Mak natrafiła na nie i poczuła, że nie można tej „miłości, która pozostaje” tak łatwo przetłumaczyć na inny język, ale że samo uczucie jest jej dobrze znane… Postanowiła poszukać w innych językach słów, które oznaczają „coś więcej”; „coś o innym znaczeniu”; „ coś innymi słowy”… Dzięki tym poszukiwaniom mamy dziś w ręce książkę, która jest niemal poetyckim indeksem, który tłumaczy się właśnie, a czasem tylko, „innymi słowy”. Szwedzkie „SMULTRONSTÄLLE” (miejsce, gdzie rosną poziomki); angielski „PSITHURISM” (odgłos wiatru wśród drzew); włoskie „DORMIVEGLIA” (przestrzenie między jawą a snem), czy jagańskie „MAMIHLAPINATAPAI” (spojrzenie dwóch osób, które rozumieją się bez słów, ale czekają, że pierwszy krok zrobi ta druga osoba). Są słowa angielskie, niemieckie, francuskie, włoskie, tureckie, szwedzkie, walijskie, hiszpańskie, japońskie, holenderskie, szkodzie, portugalskie, a nawet bantu.
Piękna i mądra książka w sam raz na jesienne wieczory.

innymi słowy

4. Pozostając w humanistycznym tonie: „Notes młodej pisarki” Ewa Nowak, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018.

Najprostsze pomysły są zawsze najlepsze. Pomysł na tę książkę też jest prosty: oto poradnik dla młodej pisarki. Czyli dla kogo? – zapyta może ktoś sceptycznie. Nie przesadzę, jak powiem, że pewnie dla każdej młodej dziewczyny, bo jak wiadomo, każda młoda dziewczyna prędzej czy później coś tam napisze: „do szuflady”, na konkurs, w pamiętniku, w liście, w notesie, dzienniku czy do ukochanego. Ważne, by w tej literackiej podróży młodej pisarce ktoś towarzyszył. I chyba nie ma lepszego przewodnika od Ewy Nowak! Kiedy nie recenzowałam jeszcze książek dla dzieci, często podbierałam mojej córce książki pani Ewy, a po lekturze „Pajączka na rowerze” stałam się jej prawdziwą fanką. W 15 rozdziałach, krok po kroku, z dowcipem i swadą, bez przynudzania i profesorskiego tonu autorka podaje przepis na dobrą powieść – i to od sposobów na wymyślenie dla niej tytułu, po kwestie związane z niełatwymi rozmowami z potencjalnym wydawcą. Ponieważ jest to notes, nie brakuje weń ćwiczeń, testów, zadań, pytań i wskazówek. Dla mnie – rodzica – cenne są wszelkie podpowiedzi o systematyczności, wytrwałości, zrywaniu ze schematami w myśleniu i takie podskórne „wyciąganie za uszy”, albo jak kto woli „ciąganie za język”. Nie napiszesz, jak nie zaczniesz pisać, mawiali najwięksi. Tu jest podobnie! W „Notesie…” pełno jest zwrotów: napisz, wymyśl, narysuj, uzupełnij, podaj, zastanów się, przypomnij sobie, przeczytaj. Nawet największą podróż zaczyna się od małego kroku – z takim przewodnikiem droga pisarki bynajmniej nie jest drogą przez mękę, a twórczość sprawić może sporo radości. I proszę mi wierzyć, można mieć niejedną książkę na koncie i dowiedzieć się z „Notesu młodej pisarki” sporo naprawdę fajnych rzeczy!

Notes młodej pisarki

Kalina Cyz

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz