Wartość to to, komu śpiewasz – rozmowa z Małgorzatą Kożuchowską

„Znalazłam może dwie, trzy płyty, które mogłam synowi włączać z czystym sumieniem i bez bólu uszu”. O śpiewaniu i współpracy przy płycie „Wyspa dzieci. Piosenki babci i dziadka” rozmawiamy z aktorką Małgorzatą Kożuchowską.

KOrzuchowska

Płyta „Wyspa dzieci. Piosenki babci i dziadka” zawiera dwanaście starych piosenek, m.in. „Jedzie pociąg z daleka”, „Pieski małe dwa”. Dużo jest też na niej kołysanek. Joannie Dark, pomysłodawczyni płyty zależało na ciepłej, rodzinnej aurze tych piosenek. Spotykamy się na planie wideoklipu „Ach śpij, kochanie” z pani udziałem.

Małgorzata Kożuchowska: Kołysanki śpiewa się w końcu nie byle komu! To są piosenki intymne, nuci się je często przyciszonym głosem, do ucha. Czasem słyszę: ale ty masz dobrze, że tak sobie możesz ładnie zaśpiewać. A przecież to nie o to chodzi, że ładnie. Chodzi o to ciepło, które jest w tym śpiewaniu, czy w tej melorecytacji. To jest wartość. Namawiam tą płytą mamy i babcie, ale też i ojców, żeby śpiewali, nawet jeśli nie do końca wierzą w swój talent.

Na płycie śpiewa pani trzy piosenki, „Ach śpij, kochanie”, „Sanna” i…

Miałam sobie wybrać jedną, ale byłam bardzo asertywna… (śmiech). Wiedziałam, że na pewno muszę zaśpiewać „Był sobie król”. Mamy w domu taki mały rytuał. Kiedy mój syn nie może zasnąć, prosi, żeby mu zaśpiewać kołysankę. Ja pytam: którą? Zawsze odpowiada: „Był sobie król”. Więc od tego zaczynam cały wieczorny repertuar i śpiewam, aż spokojnie zaśnie.

Jakie jeszcze piosenki wchodzą w skład tego rytuału?

„Ach śpij, kochanie”, bo śpiewała mi ją babcia i mama, „Idzie niebo ciemną nocą” albo „Już nie zapomnisz mnie”. „Wlazł kotek na płotek”, który nie jest przecież kołysanką, a można zaśpiewać to tak, że brzmi jak kołysanka. Nie odśpiewuję tej melodii w tradycyjny sposób, tylko lubię sobie na niej poimprowizować. I przyznam, że daje mi to dużo radości. Z lekką ironią mogę powiedzieć, że to jest taki mój prywatny jazz.

Muzyka jest ważna dla pani jako mamy?

Kiedy zostałam mamą zaczęłam szukać. Chciałam, żeby wartościowa muzyka otulała, moje dziecko, ale też chciałam, żeby podobała się mnie. Okazało się, że jest na rynku sporo muzycznych propozycji dla dzieci, ale zdecydowana większość to propozycje mało szlachetne. Trochę mnie to zasmuciło.

Są przecież świetne wystawy, filmy, ale zdecydowanie trudniej znaleźć dobrą, współczesną muzykę dla dzieci.

Znalazłam może dwie, trzy płyty, które mogłam synowi włączać z czystym sumieniem i bez bólu uszu. Mamy do czynienia z olbrzymią luką a nawet – nie będę się bała użyć tego słowa – zaniedbaniem. Przecież to ważne w jakim środowisku – również muzycznym – wychowujemy dzieci. Wiadomo, że czasem, kiedy nie ma siły czy pomysłu, czym zająć dziecko – wręczamy mu smartfona, ale to my będziemy musieli je potem od tego odzwyczajać. Jeśli chcemy kształtować gust – nie możemy iść na łatwiznę. Na szczęście istnieją też świetne inicjatywy, np. poranki w filharmonii. Trafiłam raz na koncert dla starszej grupy, sześciolatków. Byłam pewna, że Jaś nie wysiedzi tych dwóch godzin. A on nie tylko był cierpliwy, ale też z zainteresowaniem wysłuchał całego koncertu. Sama byłam zaskoczona. Po prostu nie doceniamy małych słuchaczy.

Czyli to kwestia dobrej propozycji.

Tak. Trzeba poświęcić trochę czasu na znalezienie tego, co naprawdę wartościowe, a co nierzadko ginie w natłoku nachalnej promocji. Warto!

screen1 (002)

Rozmawiała Anna Szawiel

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz