Dobre wychowanie ma uczyć wrażliwości – rozmowa z Zofią Staniszewską

Pisanie o dobrych manierach dla najmłodszych jest o tyle trudne, że dzieci żyją pod ciągłą presją, stale się od nich czegoś wymaga i czegoś zakazuje. Taki podręcznik, jeśli ma dobrze spełniać swoją funkcję, nie powinien mieć charakteru represyjnego – mówi Zofia Staniszewska, autorka książki „Ale plama!, czyli dobre maniery i domowe afery” w rozmowie z Ewą Świerżewską.

Ewa Świerżewska: Zanim przejdziemy do książki „Ale plama!”, chciałabym zapytać, jak to jest z tym Pani pisaniem?

Zofia Staniszewska: Gdy piszę, zanurzam się w innej rzeczywistości, powstającej właśnie wewnątrz mojej głowy. Postacie, które niedawno jeszcze nikomu się nie śniły, nagle zaczynają własne, bardzo intensywne życie, domagają się imion, wyrazistego charakteru, wyglądu, przyjaciół i rodziny. W tym fikcyjnym świecie przebywam prawie 24 godzin na dobę, bo wymyśleni bohaterowie mają dziwną władzę – opanowują również moje sny.

To nie tak, że wszystko inne schodzi na dalszy plan, ale każde niemal autentyczne wydarzenie zostaje przefiltrowane pod kątem przydatności literackiej. Mój synek głosi wszem i wobec, że jest współautorem licznych bajek i oczywiście „Plamy”, ponieważ to on i jego koledzy wraz z małą sąsiadką są niewyczerpanym źródłem inspiracji. Przyznaję mu pełną rację.

EŚ: Wierszem czy prozą?

ZS: To proste pytanie, jeśli dotyczy mojej osoby: oczywiście prozą! Piszę co prawda wiersze, ale są to białe wiersze, bez rymu. Zawsze szczerze podziwiam osoby, które mają naturalny dar rymotwórczy, tak że wiersz nie krępuje ich wypowiedzi.

EŚ: Dla dzieci czy dla dorosłych?

ZS: Oto jest pytanie! Dla dorosłego odbiorcy napisałam dwie powieści, kilka sztuk teatralnych, wiersze. Dla dzieci tworzę, ponieważ sama mam dzieci i jeszcze z tego powodu, że bajki przywracają sens w porządek, ład świata – tam się wszystko po prostu musi dobrze skończyć. Olga Tokarczuk w „Biegunach” napisała, że tworzenie literatury to rodzaj kontrolowanej schizofrenii, człowiek przebywa w innych światach, które na dodatek sam kreuje. No więc gdy zajmuję się baśniami, na ogół nie narzekam na samopoczucie, gdy siedzę nad trudnymi, dołującymi tematami (jak ludzie bezdomni w sztuce „Ballada dworcowa”), to rzecz się komplikuje…

EŚ: Była też Bajka-pomagajka…

ZS: W Polsce znany jest program „Bajka-pomagajka”, który zajmuje się wprowadzaniem metody bajkoterapii do szpitali. Wolontariusze czytający małym pacjentom specjalne bajki przyczyniają się do wzrostu poczucia bezpieczeństwa u dzieci, które dzięki temu lepiej rozumieją swoją sytuację.

Gdy moja córka, a potem synek przechodzili badania szpitalne, zapoznałam się z założeniami i warsztatem bajkoterapii. Po jakimś czasie wysłałam jedną z bajek na konkurs „Bajka-pomagajka”, miała wraz z innymi tekstami być czytana dzieciom przebywającym w szpitalach, ale z niewiadomych mi przyczyn projekt upadł. Pozostał pomysł, który zaowocował cyklem bajek terapeutycznych „Miś Nazdrówko” o zabawnym, nietypowym misiu, który odwiedza małych pacjentów. Bajki te mogą pomóc dzieciom w zrozumieniu i oswojeniu różnych emocji, związanych z pobytem w szpitalu: strachu, złości, poczucia bezradności i osamotnienia. Wydawnictwo Psychologii i Kultury ENETEIA wydało „Misia” w kwartalniku „ALBO albo” (między Jungiem a jakimś archetypem ?). Może kiedyś „Miś” ujrzy światło dzienne jako oddzielna książeczka?

EŚ: „Ale plama!, czyli dobre maniery i domowe afery” to Pani najnowsza książka dla dzieci. Podręcznik dobrych manier – nauka przez zabawę, czy duża dawka moralizatorstwa?

ZS: Każdy zna starą dobrą maksymę: „Uczyć bawiąc”. Ja bym ją odwróciła: „Bawiąc uczyć”. Pisanie o dobrych manierach dla najmłodszych jest o tyle trudne, że dzieci żyją pod ciągłą presją, stale się od nich czegoś wymaga i czegoś zakazuje. Taki podręcznik, jeśli ma dobrze spełniać swoją funkcję, nie powinien mieć charakteru represyjnego. Powinien być okazją do dobrej zabawy i przy okazji nauki pewnych umiejętności.

EŚ: A po co w ogóle taki poradnik?

ZS: W jakim celu redaguje się poradniki dobrych manier dla dzieci? Czy po to, żeby pomagały wychować grzeczne dzieci? Grzeczne, czyli jakie? Nie sprawiające kłopotu, nie zabierające czasu, zawsze miłe i nijakie, bez własnego zadania? Zostawione z mocnymi emocjami: złością, strachem, zazdrością – emocjami, których wyrażanie uchodzi za niewłaściwe? Dziecko ma prawo do odczuwania całej gamy uczuć, także tych negatywnych, dobrze jednak, gdy nauczy się je wyrażać w sposób, który nie krzywdzi i nie obraża innych.

W „Plamie” nie chodziło mi o to, żeby czytelnicy mojej książki zamienili się w Lusię (bohaterkę fascynującej książki Gro Dahle „Grzeczna”), która idealnie wytresowana: uśmiechnięta, spokojna i cicha pewnego dnia znika w ścianie. Albo w Niewidzialne Dziecko z opowiadania Tove Jansson, dziecko, które z powodu nieśmiałości staje się niewidoczne, a twarz odzyskuje dopiero, gdy gryzie w ogon Tatusia Muminka, stając tym samym w obronie ukochanej Mamy Muminka. Bohaterom mojej „Plamy”, Kindze i Makaremu daleko do jakiekolwiek znikania, narysowani są mocną kreską i równie mocno dają się we znaki otoczeniu i rodzicom – to po prostu normalne dzieci – pomysłowe, szczere, hałaśliwe, żywe i ciekawe świata. Które starają się od czasu do czasu zachowywać kulturalnie, ale z reguły im to nie wychodzi, przez co wpadają w zabawne tarapaty.

Czy zbiór zasad savoir vivre’u jest raz na zawsze ustalony i w niezmiennej formie obowiązuje na całym świecie? Nic bardziej mylnego. Postać wujka Obieżyświata, który Kindze i Makaremu opowiada ciekawe anegdotki i przygody ze swoich dalekich podróży, ukazuje całą różnorodność pojęcia bon tonu. To co dla nas może być oznaką lekceważenia lub braku dobrego wychowania (jak publiczne plucie, bekanie przy stole czy jedzenie rękami), w innych kulturach uchodzi za oznakę towarzyskiej ogłady. Jednak nie wszystko jest względne: gdy ktoś jest damą lub dżentelmenem to, najprościej mówiąc, bardzo miło przebywa się w jego towarzystwie. Dobre wychowanie ma uczyć pewnego obycia, ale przede wszystkim wrażliwości i szacunku w stosunku do innych, a nie „upupiać”.

EŚ: Twórcze plany na przyszłość

ZS: Mam jedno wielkie marzenie! No, niech będzie, że dwa. Po pierwsze staram się o wydanie zbioru opowiadań pod tytułem „Grzdyle i Szkodniki” o nietuzinkowych przygodach moich dzieci i ich sąsiadów. Są to opowieści oparte na autentycznych przeżyciach grupki małych przyjaciół wychowujących się z daleka od wielkiego miasta (nawet od wioski), żyjących wśród dzikiej przyrody. Czego tu nie ma! Jest spotkanie z na pół oswojonym dzikiem, nauka jazdy na koniach, hodowanie w domu małych sikorek, wyrzuconych z gniazda przez ptasich rodziców, niebezpieczna przygoda z gniazdem szerszeni zbudowanych na dębie, który zostaje powalony przez burzę, przeżycie porodu szczeniaków, łapanie jaszczurek wygrzewających się na olbrzymich kamieniach naszego skalniaka, a nawet pewna Baba Jaga…
A drugiego marzenia nie zdradzę…

EŚ: Zatem życzę spełnienia marzeń i dziękuję za rozmowę.

Z Zofią Staniszewską rozmawiała Ewa Świerżewska.

Zofia Staniszewska

Zofia Staniszewska – pisze wiersze, dramaty, bajki, współpracuje z pismem dla dzieci „ŚWIERSZCZYK”, wydawnictwem Publicat (antologie „Moje ulubione dobranocki” i „365 bajek na dobranoc. Księżyc opowiada”). Jest również autorką kilku książek poprawnościowych (Wesoły świat ortografii, Dyktanda, Łamigłówki dla uczniaka, Mistrz ortografii…) wznawianych wielokrotnie.
Wydała dwie powieści dla dorosłych „Czarownica z Radosnej” i „Moja les” oraz tomik wierszy „Jak to było z Zofią i gwiazdą”.

(Dodano: 2011-05-30)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz