Ecie-pecie, słoń w berecie – czyli o dorzecznych niedorzecznościach w poezji dla dzieci

Tilda z książki Ingelin Angerborn Gdybym nie pomyliła psów ma dziewięć lat. Mieszka sama z mamą, a tata czasami je odwiedza. Czasami. Tata pracuje w cyrku i cały jest na opak. Nie mógł przyjechać na urodziny Tildy, bo dostał w głowę maczugą żonglerską. Zabandażowany, ze wstrząsem mózgu przeleżał w łóżku dwa tygodnie. A potem słoń wessał go w trąbę… Nic dziwnego, że ulubioną zabawą Tildy jest zwieszanie się na cyrkowym trapezie. Kiedy głowa jest na dole, a nogi u góry, najlepiej jak najdalej od ziemi, wówczas wszystko wokół wywraca się na opak. Wtedy jest najlepsza zabawa.

Tak, są takie dzieci, dla których prawdziwą pasją jest stawianie świata na głowie. I są tacy poeci, dla których nie mniejszą pasją jest układanie wierszy o świecie na opak wywróconym. Joanna Papuzińska i Agnieszka Frączek nic innego nie robią, jak tylko plotą androny, duby smalone bredzą, mówią trzy po trzy albo ni w pięć ni w dziewięć. Jaka w tym szaleństwie jest metoda? Jaki jest klucz do poetyckich wywracanek?

Joanna Papuzińska mówi tak: jeśli chcesz bawić się w wywracanki, jeśli chcesz rozbić logiczny porządek słów i świata stojącego za tymi słowami, jeśli chcesz przewrócić dorosłe prawa i prawidłowości, nie wymyślaj sztucznego świata i nowych słów. Wystarczy, że zmienisz jedną jedyną literę w pospolitym i powszechnie znanym wyrazie. Posłuchaj:

Poprzez pola szedł wędrowiec.
Starą czaplę miał na głowie.
A na polach, jak to latem,
Mydło pasło się rogate:
Krowy, kotły i banany
i spadały z drzewa kaftany.
I brzęczały pszczółki miłe,
co zbierają z kwiatków tyłek.
(z wiersza Bajka szachrajka Joanny Papuzińskiej)

Wszystko tutaj pomieszane i poplątane. Wędrowiec zamiast czapki nosi czaplę na głowie, na polach nie wiedzieć czemu pasą się kotły i banany. Więcej, król wydaje przyjęcie na mielonej mące, goście jedzą grzywki marynowane i żaróweczki w musztardzie. Skąd ta predylekcja do niezgodności, nieodpowiedniości, do wywracania świata do góry nogami? Kornel Czukowski, znawca folkloru dziecięcego, pisze: „Klucz do tego wszystkiego stanowi ta różnoraka i radosna działalność, która odgrywa tak wielką rolę w życiu umysłowym dziecka – zabawa” (Od dwóch do pięciu, s. 238). To zabawa bez końca – dodaje Joanna Papuzińska. I podsuwa nowy pomysł na zabawę w fantazjowanie i poetyckie bzdurzenie.

Prawda to powszechnie znana, że wyrazy czyta się od lewej do prawej strony, od początku do końca. Wie o tym każdy kilkuletni mędrzec. Do tego stopnia ogarnął te prawdy – że proszę, może teraz nimi bawić się do woli. Jak? Ot, choćby mówić na wspak i czytać wyrazy od końca:

Był sobie chłopiec Szamot
co wciąż wojował z mamą,
bo dziwnie mówił tak,
kapoan czyli wspak. […]
Słyszała więc co chwila:
Omam! Mełibugz kilasz!
(Tyszez, eszolak, kesap
i kizug, i iktepraks)

(z wiersza Kapoan Joanny Papuzińskiej)

Nie wiedzieć kiedy zabawa w słowa stała się walką na słowa. To walka zupełnie poważna. Dziecięca wyobraźnia mierzy się z racjonalizmem dorosłych. Dorosły, który w pogardzie ma fantazje wszelkie, który nigdy nie pragnął i nie bywał poetą, machnie ręką i powie: ja tego nie rozumiem. Co innego dorosły, który – jak pisze Agnieszka Frączek w wierszu Ścieżka zdrowia – lubi na rękach stawać, ganiać tyłem (bo tyłem jest o wiele milej) albo z poręczy głową na dół dyndać. Ten i słowa bez trudu wywróci do góry nogami, przekręci je i na wspak, i na opak. I powie tak:

A ęgif! Jakusz mas!

(z wiersza Kapoan Joanny Papuzińskiej)

Nie wiedzieć kiedy przeciwnik w walce na słowa stał się sprzymierzeńcem dziecka w zabawie w słowa. Zwyczajne, niepoetyckie wyrazy: szalik, pasek, guzik, skarpetki czytane od końca stają się tajemnicze, ezoteryczne, magiczne. Codzienna rozmowa dziecka z matką o zagubionym szaliku może stać się poezją. Prawdziwą poezją, która daje beztroską radość z obcowania z absurdem i nonsensem.

Walka na słowa już się skończyła. Zabawa w poetyckie wywracanki zaczyna się od nowa. Teraz włączyła się do niej Agnieszka Frączek.

Wyobrażam sobie to tak: przez otwarte okno poetka słyszy, jak dzieci skandują: pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schował, ten kryje! Ta rymowanka nie daje jej spokoju, nie pozwala o sobie zapomnieć, przywołuje pamięć minionego dzieciństwa i podwórkowych zabaw. A może by tak wyliczanki towarzyszące dziecięcym grom przenieść do poezji? Bo czym innym jest poezja jak nie grą słów, grą rymów, grą dźwięków? Tak, to dobry pomysł – zrobić z podwórkowych wyliczanek poezję i wciągnąć dzieci do zabawy w słowa i rymy.

Pałka, zapałka, dwa kije,
zebra kraciastą ma szyję.
Gałka, kobiałka, trzy pniaczki,
tańczą w balecie prosiaczki.
Grzałka, przechwałka, pół drąga,
pingwin poleciał do Konga.
Chałka, guzdrałka i patyk,
słoń kupił szpilki na raty.

(z wiersza Wyliczanka-otwieranka Agnieszki Frączek)

Jak w każdej wyliczance – świat na opak wywrócony. Czysty absurd. Zupełny nonsens. Ani krzty logiki. Zebra zgubiła gdzieś paski i ma szyję w kratkę, prosiaczki są baletmistrzami, a słoń niczym szykowna dama sprawił sobie szpilki. Nie dość tego: słonica robi fikołki na kominie, żaba zmyka na rowerze przed bocianem, szprotka pływa po księżycu, byk założył szal w brukselki, a fryzurę ma z uszczelek, kaczka na balkonie sadzi w skrzynkach dzikie słonie, królewna lodem grzeje sobie wąs i brodę… Nie ma w tych wyliczankach ani odrobiny buntu czy przekory wobec zbyt porządnie poukładanego świata. To sama radość swobodnego, niczym nieskrępowanego poetyzowania i fantazjowania, uciecha z wywracania świata do góry nogami. Wyzwolona z rygorów prawdopodobieństwa wyobraźnia stwarza nowe światy, w których – jak widać – wszystko jest możliwe. Bo poetą może być każdy:

Pyza, kluska, knedle trzy,
teraz wierszyk ułóż ty!

(z wiersza Na kogo wypadnie… Agnieszki Frączek)

Wywołane do odpowiedzi dziecko może wyrecytowałoby taką rymowankę:

Siedzi baba na cmentarzu
Trzyma nogi w kałamarzu

Albo:

Siedzi baba w kamienicy
Trzyma nogi w jajecznicy

Albo:

Siedzi baba na śmietniku
Trzyma nogi w pojemniku

A jaki wyliczankowy wierszyk skleciłby dorosły? Taki dorosły, co to głowę zawsze ma u góry, a nogi na dole, najlepiej na ziemi. Jestem pewna, że niczym bohater z opowiadania Baba Sławomira Mrożka ułożyłby realistyczną wersję wyliczanki, która uwzględniałaby zarówno potrzeby baby, jak i społeczeństwa:

Stoi baba przy stanowisku wydajnej pracy,
Nie przeszkodzą jej w tym wrogowie ani tacy, ani tacy,
To stanowisko pracy jest w pięknej kamienicy,
Za swą pracę baba nakupi sobie jajecznicy.

Niejeden dorosły obawia się, że groteskowe, absurdalne i niedorzeczne rymowanki zatrują dziecięce umysły. Próżne obawy. Dzieci doskonale wyczuwają granicę między światem realnym a wykreowanym w zabawie. „Przecież jeśli babie z cmentarza wkłada się nogi do kałamarza, to czyni się to z pełną świadomością, że jest to odwrócenie ustalonego porządku. Porządku, który się doskonale zna. Bez tej świadomości – cały zabieg nie posiadałby mocy komicznej” – przekonuje Anna Janus-Sitarz, specjalista od literatury groteskowej (Groteska literacka, s. 111). Wierzę tym słowom. Wierzę, że wierszyki-wywracanki pomagają dziecku oswoić porządek dorosłego i racjonalnego świata. Że są najlepszą zabawą. Bez dwóch zdań, cyrkowy trapez, który pozwalał dziewięcioletniej Tildzie przyglądać się światu na opak wywróconemu, jest absolutnie niezbędny każdemu dziecku.

Agata Rytel*

J. Papuzińska, Rozwesołki, czyli wiersze zagadkowe, wyd. Mila, Poznań 2008
A. Frączek, Wyliczanki bez trzymanki, Agencja Wydawnicza Jerzy Mostowski, Janki k. Warszawy 2008

*Autorka ukończyła Wydział Polonistyki oraz Pomagisterskie Studium Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w tygodniku „Nowe Państwo” i „Dzienniku”. Obecnie przygotowuje pracę doktorską o językowym kategoryzowaniu świata w wierszach dziecięcych. Pracuje w tygodniku „Newsweek Polska”. Lubi dawne mapy, stare pocztówki i współczesną literaturę.

(Dodano: 2009-04-22)

Dodaj komentarz