„Powidoki” – recenzja książki

Gdy zamknę oczy, widzę… Pewnie od tej dziecięcej zabawy wziął swój początek nurt w malarstwie zwany unizmem, wymyślony przez Władysława Strzemińskiego – nieżyjącego artystę, patrona łódzkiej ASP. Badał, jak ludzkie oko reaguje na światło i kolory. Długo się w coś wpatrywał, a potem zamykał oczy. Na płótno przenosił obrazy, które powstawały pod powiekami.

W tym momencie swoją historię rozpoczynają „powidoki” – jeszcze nie te w formie książkowej, ale jasne i wielobarwne obrazy kładzione grubą warstwą farby olejnej, odsłaniającej każde pociągnięcie pędzla. Składają się one na cały cykl w powojennej twórczości owego prekursora awangardy.

Jeden z obrazów z kolei stał się inspiracją dla Tiny Oziewicz do napisania niezwykłej i zabawnej książki, w której wielka sztuka spotyka się z codziennością, a zjawiska fizyczne, ba! nawet astronomiczne, ze zwyczajnymi studenckimi lękami. Pewnie trudno jest w taki układ uwierzyć. Jednak jeśli ktoś zna zbiór „O wiadukcie kolejowym, który chciał zostać mostem nad rzeką i inne bajki”, ten wie, że u tej autorki nawet zwykła łyżeczka do herbaty może wieść skomplikowane, niebezpieczne i pełne przygód życie.

Tym razem jednak bohaterami są studenci Okołoziemskiego Ośrodka Szkoleniowego Promieni Słonecznych im. Tych, Co z Prędkością Światła Mkną. Zimny, Zgięty i Dżo to promienie, w rzeczy samej. Niepokorne. Doskonalą swe umiejętności do roli powidoków w świetnie wyposażonej sali gimnastycznej. Do momentu, w którym Dżo swym „potencjałem” nie psuje makiety oka. Wzbudza tym gniew trenera Promiennego, a tym samym dostaje zakaz wchodzenia do sali gimnastycznej, co jest równoznaczne z niezaliczeniem egzaminu. Postanawia więc wybrać się w daleką podróż – na Ziemię, nie przejmując się, iż nie ma certyfikatu, że jest zaledwie „nieautoryzowanym oświetleniem” (uwielbiam te sformułowania!). A że przyjaciół poznaje się w biedzie, toteż Zimny i Zgięty postanowili towarzyszyć mu w tej podróży.

Chłopcy docierają do muzeum w Pałacu Kultury i Nauki, by obejrzeć portret babci i dziadka Dżo – tak, tak, właśnie „Powidok słońca” Strzemińskiego. Są też na nim inni studenci zatrzymani podczas dyplomowego skoku. Ech, któż nie chciałby mieć tak sławnych dziadków, codziennie podziwianych przez tłumy? Gdy za oknem wstaje świt, w muzeum zaczyna się normalne życie innych promieni: jakaś mama odprowadza dziecko do przedszkola, pan wyprowadza psa na spacer… A chłopcy nie mieli pojęcia, że takie życie można prowadzić. Dla nich ta buntownicza wycieczka stała się szkołą życia.

Jestem wielbicielką opowieści Tiny Oziewicz i żywię nadzieję, że dwie dotychczas wydane książki to nie kres jej twórczości. Za każdym razem zaskakuje, więc pewnie jeszcze nie raz to uczyni. Jeśli jedno spojrzenie na obraz wystarczyło, by skreślić tak piękną i zgrabną historię, to, szczerze mówiąc, aż się boję, bo mogłoby to oznaczać, że autorka inspirację znajdzie zawsze i wszędzie.

Ilustracje stworzyła młoda, ale już doceniona ilustratorka i autorka własnych książek, Ola Cieślak. Jej promienie, przedstawione jako istoty ludzkie, są jak iskry: roztańczone, giętkie, uśmiechnięte. Jest ich dużo i zazwyczaj współgrają z tłem obrazów Strzemińskiego. Przyznaję, że chwilę zajęło mi przyzwyczajenie wzroku do oglądania takich kolaży, ale potem… w pełni je przyjęłam, zaakceptowałam i polubiłam. Ta książka to uczta dla oka i ucha. Bardzo przyjemnej lektury życzę!

Agata Hołubowska

nasza ocena: 5
powidoki

Powidoki
Tina Oziewicz
il. Ola Cieślak
wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2010
wiek: 8+

(Dodano: 2011-01-25)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz