Czasem zastanawiam się, czy potrafiłabym żyć bez pisania – rozmowa z Dorotą Suwalską

Pamiętam, że wytworzyłam w głowie swego rodzaju wewnętrznego narratora, który opisywał otaczający mnie świat i moją w nim obecność – mówi Dorota Suwalska w rozmowie z Anną Bukowską.

Anna Bukowska: Dorota, które z tych dwóch stwierdzeń jest Ci bliższe? „Moje życie to pisanie” czy też: „Pisanie jest dla mnie przygodą”?

Dorota Suwalska: Trudne pytanie. W pierwszym odruchu chciałam odpowiedzieć, że jeśli już, to raczej „pisanie jest dla mnie przygodą”, ponieważ moje życie nie ogranicza się do pisania, jest w nim wiele innych bardzo ważnych spraw. Z drugiej strony pisanie jest dla mnie czymś więcej przygodą. Przygoda kojarzy się z czymś epizodycznym, czymś, co się przytrafia. A pisanie jest stałym wątkiem w moim życiu. I to jednym z najważniejszych. Do tego stopnia, że często piszę… o pisaniu. Zastanawiam się nawet, czy potrafiłabym żyć bez pisania. I choć niewątpliwie zawiera w sobie element przygody – czy też raczej wielu przygód, bo otworzyło mi dostęp do światów, których w innych okolicznościach pewno bym nie poznała – to jednak istnieją w nim również kwestie tak prozaiczne (no cóż, zwykle piszę prozę), jak np. starania, by zdążyć z ukończeniem książki przed umówionym z wydawcą terminem.

Kiedy zaczęłaś pisać i dlaczego? Co było tym zapalnikiem?

Pisanie towarzyszy mi od dzieciństwa, choć nie zawsze wiązało się z samą czynnością zapisywania słów. Przede wszystkim uwielbiałam książki, a czytanie z pisaniem mocno się wiąże. To był więc pewno jeden z zapalników. Wymyślałam nigdy niezrealizowane wynalazki, które miały mi umożliwić lekturę w rozmaitych niesprzyjających okolicznościach, np. podczas zmywania naczyń lub kąpieli (tak, żeby książka się nie zamoczyła).

Pamiętam też, że wytworzyłam w głowie swego rodzaju wewnętrznego narratora, który opisywał otaczający mnie świat i moją w nim obecność (z tego, co pamiętam, w trzeciej osobie). Trochę tak, jakbym w myślach pisała książkę o swoim życiu. Choć oczywiście ów narrator nie „nadawał” cały czas. Głownie gdzieś na styku wewnętrznego wyciszenia i kontaktu z zewnętrznością.

Jak wszystkie dzieci, tworzyłam w wyobraźni fantastyczne światy, wymyślałam historie. Czasem straszne. Często razem z innymi dziećmi. Bywało, że się potem tych wymyślonych historii baliśmy, choć przecież wiedzieliśmy, że są nieprawdziwe. Myślę, że dzieci mają naturalny dar narracji, że tworzenie historii – które zwykle giną potem (niezapisane) gdzieś w niepamięci, jest nam do czegoś na pewnym etapie życia potrzebne.

Pierwsze (zapisywane na kartkach i w zeszytach) rymowanki i początki książek (głównie o zwierzętach) zaczęłam tworzyć w podstawówce. Powstało wówczas sporo takich początków, nierzadko ilustrowanych własnymi rysunkami. Myślę, że to jest cecha charakterystyczna dla tego wieku: tworzenie wielu początków, wypróbowanie różnych możliwości. Równolegle rozwijały się więc inne fascynacje: biologia (a zwłaszcza zoologia), malowanie i rysowanie. Po drodze pojawił się również sport. Trafiłam więc do klasy biologiczno-chemicznej w liceum leżącym nieopodal klubu sportowego, w którym trenowałam. W czasach licealnych pisałam głównie wiersze (w dużych ilościach). Czasem również krótkie opowiadania, np. – jak przystało na niedoszłego biologa – opowieść o tasiemcu, który pragnął zbawić świat. I regularnie prowadziłam dziennik (tym razem opisywałam swoje życie w pierwszej osobie). A potem rozpoczęłam studia w warszawskiej ASP. Co nie oznacza, że przestałam pisać.

Kiedyś jednak nastąpił ten moment, w którym dojrzałaś do decyzji: będę pisarką – czy tak? A może stało się przez przypadek, szczęśliwe zrządzenie losu?

To był chyba rodzaj ewolucji. Z wyczynowego sportu zrezygnowałam bardzo szybko, bo już w pierwszej klasie liceum. Chyba zawsze czułam, że to jedynie przygoda, epizod w moim życiu. Z zawodowego zajmowania się biologią niewiele później, choć te tematy zawsze były dla mnie ważne – dlatego między innymi od dwudziestu sześciu lat nie jadam mięsa. I, co ciekawe, ostatnio coraz częściej wracam do zwierzęcych spraw, nierzadko właśnie przez pisanie. Najdłużej szala się wahała pomiędzy sztukami plastycznymi a literaturą. Stopniowo jednak pisanie zaczęło wypierać działania plastyczne. I niewątpliwie szczęśliwe zrządzenie losu (choć do pewnego stopnia przeze mnie sprowokowane) miało w tym udział. Pewnego dnia (pomiędzy obiadem a odwożeniem syna na angielski) odebrałam telefon i usłyszałam, że… Wydawnictwo Nasza Księgarnia proponuje mi napisanie książki. Tak, tak, też byłam zdziwiona. Ale odparłam, że owszem, czemu nie, jakby pisanie książek na zamówienie to była dla mnie codzienność. Okazało się, że ktoś z redakcji natknął się na moje napisane dla „Świerszczyka” opowiadanie (wówczas „Świerszczyk” wydawała Nasza Księgarnia) i stwierdził, że jestem autorką, której Nasza Księgarnia szuka. Kolejny łut szczęścia polegał na tym, że to, co mi zaproponowano, zbiegło się z pomysłami, które chodziły mi wówczas po głowie. Tak powstała moja pierwsza opublikowana książka dla dzieci – „Znowu kręcisz, Zuźka” (dotychczas trzy polskie wydania oraz tłumaczenie na hiszpański i ukraiński). A potem wszystko potoczyło się siłą rozpędu. No, prawie. Czasem musiałam temu rozpędowi trochę pomóc, ale na pewno było łatwiej publikować, pojawiały się kolejne propozycje. I choć nie należę do autorów, którzy piszą bardzo dużo, to dotychczas ukazało się kilkanaście moich tytułów dla dzieci, nie licząc książek współautorskich.

Co więcej, wśród książek, które wydałaś, są przecież tytuły nagradzane.

To prawda. Trzykrotnie otrzymałam Wyróżnienie Literackie w Konkursie Polskiej Sekcji IBBY. Doceniono w ten sposób książki „Bruno i siostry”, „Czarne Jeziora” i „Tabletki na dorosłość”. „Czarne Jeziora” zostały też wyróżnione w Konkursie Literatury Dziecięcej im. Haliny Skrobiszewskiej i wpisane na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. A dwa tytuły, czyli „Poczet Królów i Książąt Polskich” oraz „Miłka i owczarek koroniasty” znalazły się wśród książek uhonorowanych Główną Nagrodą w Konkursie Świat Przyjazny Dziecku Komitetu Ochrony Praw Dziecka.

„Miłka i owczarek koroniasty” – książka, o której między innymi przed chwilą wspomniałaś, została wydana w Wydawnictwie Zielona Sowa. Opowiesz nam ciut o niej?

Pewno można by tę książkę odczytywać na kilku poziomach. Takie były przynajmniej moje intencje. Z jednej strony jest to zabawna (mam nadzieję) i pełna zawirowań opowieść, która ma dostarczyć młodym odbiorcom rozmaitych czytelniczych atrakcji. Z drugiej opowieść o empatii, która nie tylko pozwala zaprzyjaźnić się z uroczym bezdomnym kundelkiem (który jest w książce bardzo ważną postacią), lecz również zrozumieć głównego klasowego wroga. Co prawda bohaterka książki, Miłka – mimo najlepszych chęci – nie od razu ma tyle świadomości (a pewno i wiedzy), by precyzyjnie odczytać wszystkie potrzeby zabłąkanej psiny i rzeczywiste intencje nielubianej koleżanki. Ale chyba nikt z nas nie jest aż tak doskonały. Jednak dzięki wrażliwości, otwartości, a także wsparciu przyjaznych dorosłych, zaczyna dostrzegać pewne sprawy nieco inaczej niż na początku opowieści.
Z trzeciej strony…

Ale chyba najlepiej przeczytać książkę i – jeśli ktoś będzie miał na to chęć – samemu poszukać tych kolejnych stron. Co ciekawe, inspiracją do książki była przygoda z mojego dzieciństwa. Pewnego dnia wraz z przyjaciółką obdarzoną charakterem nieco przypominającym charakter książkowego Kasiola (sąsiadki Miłki), odbyłyśmy spacer po osiedlu w towarzystwie niezwykle owczarka koroniastego. Ten przedstawiciel najrzadszej rasy na świecie jeszcze kilka chwil wcześniej był kundelkiem mojej przyjaciółki. Tyle że w przeciwieństwie do bohaterów książki, nie chciałyśmy utrzeć nikomu nosa, a jedynie zadziwić przechodniów. Co, nie ukrywam, się udało.

Twoja ostatnia książka nosi tytuł „Cień w błękicie” i opowiada o…?

Przystępując do pisania tej książki – również opublikowanej przez Zieloną Sowę – próbowałam sobie wyobrazić, jak widzi i czuje świat wykluwające się pisklę. Więc w jakimś sensie jest to opowieść o ptakach.

Ale oczywiście można ją również oczytać jako metaforę ludzkich dziecięco-rodzicielskich relacji, książkę o dorastaniu, szukaniu swojego miejsca w świecie, wreszcie opowieść o wolności. A zwłaszcza o tym, jakie to ważne, żebyśmy jako rodzice potrafili tę wolność ofiarować własnym dzieciom, oczywiście dając jej tylko tyle, ile na danym etapie rozwoju są w stanie udźwignąć. I w odpowiednim (dla dziecka) czasie.

Spotkania z czytelnikami to nieodłączna część Twojej pracy. Co najbardziej cieszy Cię podczas tego kontaktu osobistego z Twoimi czytelnikami?

Kontakt właśnie – choć może zabrzmiało to trochę jak masło maślane – ta szczególna, choć krótkotrwała relacja, która powstaje podczas spotkania. I choć dziś taka bezpośrednia relacja jest niemożliwa i pewno nic jej w pełni nie zastąpi, to fajnie, że istnieją rozmaite akcje, które próbują jakoś tę lukę uzupełnić: autorzy czytają swoje książki w sieci, spotykają się z czytelnikami wirtualnie, trochę odsłaniając przy tym prywatność. Bo przecież robią to z własnych domów. Myślę, że to może być dla czytelników ciekawe, zobaczyć autora, np. w towarzystwie czworonożnego przyjaciela; wśród mebli, z których na co dzień korzysta; na tle zgromadzonych w domu książek; wsłuchać w dochodzące z tła dźwięki… Właśnie przyszło mi do głowy, że to trochę taki odpowiednik części prowadzonych podczas spotkania rozmów, (nawiasem mówiąc pytania, które zadają dzieci, to również dla mnie jedna z głównych atrakcji spotkań autorskich). Tyle że podczas wizyty pisarza w szkole czy bibliotece, słyszą jego o życiu, a tu mogą zobaczyć jego fragment na własne oczy. Myślę, że z wielu powodów jest ważne, by w czasie izolacji społecznej i zawieszenia działalności instytucji kultury odbywały się różnego rodzaju wirtualne spotkania autorskie. Również takie, z których pisarze czerpią dochód, bo dla niektórych to kwestia być lub nie być. Ja akurat jestem w tej komfortowej (biorąc pod uwagę obecne okoliczności) sytuacji, że mam również półetatową pracę. Ale wielu moich kolegów i koleżanek utrzymuje się (czy raczej utrzymywało) przede wszystkim ze spotkań autorskich. Niektórzy znaleźli się więc w dramatycznej sytuacji. Wiem oczywiście, że problemy dotyczą również innych grup zawodowych. Pogorszyła się także sytuacja instytucji kultury, które takie spotkania organizują. Warto jednak pracować nad rozwiązaniami, które pozwoliłyby wyjść z tego pata.

20191114_Zielona_Sowa_fot_Marytka_Czarnocka-52

Na koniec naszej rozmowy jeszcze jedno pytanie: Gdybyś mogła wcielić się w jednego z bohaterów Twoich książek, to byłabyś…?

W pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że wcieliłabym się w bohatera „Cienia w błękicie”. Może dlatego, że przed chwilą rozmawiałyśmy o tej książce. A może przez to, że rzeczywiście bardzo dobrze się czuję w żywiole powietrza. Do tego stopnia, że przez jakiś czas myślałam o kursie spadochronowym. Zdaję sobie jednak sprawę, że beztroskie ptasie loty to taka trochę romantyczna wizja, że prawdziwe ptaki wcale nie mają lekko. Większość czasu zabiera im zdobywanie pokarmu, niełatwa opieka nad potomstwem, a w przypadku niektórych, również męczące i ryzykowne przeloty na zimowiska… Jakby tego było mało, człowiek wypiera je z naturalnych środowisk, poluje, wpływa na zmianę klimatu. Cieplejsze zimy sprawiają co prawda, że część ptaków rezygnuje z podróży na południe i zostaje na miejscu. Jednak co z tego, skoro z tego samego powodu coraz trudniej im przetrwać suche gorące lata i, co gorsza, płoną ich naturalne siedliska. Jak wszyscy wiemy, dopiero co ugaszono dramatyczne pożary w Biebrzańskim Parku Narodowym, uważanym za ostoję ptaków o światowej randze. Dlatego teraz, w tym trudnym czasie pandemii i suszy, nie zapomnijmy o ptakach i wystawiajmy dla nich poidełka przed nasze ludzkie „gniazda”. Możemy też się cieszyć obserwując (choćby przez okno) ich codzienną krzątaninę, zaloty… A jeśli ktoś będzie miał szczęście również budowanie ptasich domów.

Wracając jednak do Twojego pytania, to biorąc pod uwagę tego konkretnego literackiego bohatera, jednak przychylam się do pierwszego odruchu. Bohater najnowszej książki nie dość, że ma wsparcie bliskich, to na dodatek cieszy się wolnością, szybując w błękicie. Zachęcam, żeby wyobrazić sobie ten lot. Na mnie to znakomicie wpływa.

Czego życzymy też wszystkim czytelnikom Qlturki. Dziękuję za rozmowę!

20191114_Zielona_Sowa_fot_Marytka_Czarnocka-18

fot. Martyka Czarnocka

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz