Chciałam napisać draczną przygodówkę – rozmowa z Moniką Krauze, autorką serii BAZANEK

Bawi mnie to, że pisząc, mogę bezkarnie przechadzać się między prawdą i fikcją i nikt tego nie zauważy – mówi Monika Krauze, autorka serii o Bazankach w rozmowie z Anną Bukowską.

Anna Bukowska: Wkrótce premiera drugiego tomu serii o Bazankach Twojego autorstwa. Zdradź czytelnikom, w jakich okolicznościach narodził się w Twojej głowie pomysł na napisanie takiej historii?

Monika Krauze: „Bazanek” to dziecko z mariażu mojej nieposkromionej żądzy uczestnictwa w konkursach i chęci uwiecznienia dzieciństwa – pierwotnie mojego własnego, a jak się później wyklarowało, także synów. Szalenie mnie bawiło stawanie w literackie szranki. Zanim „Bazanek” się narodził, miałam już wieloletnią zaprawę w licznych potyczkach na pióra (uhonorowano mnie m.in. kompletem garnków) oraz wieńczące ten okres spektakularne zwycięstwo, odniesione z moją blogową bratnią duszą Dagmarą Klein w konkursie na dokończenie powieści Leopolda Tyrmanda „Wędrówki i myśli porucznika Stukułki”. „Bazanek i szczerbaty uśmiech losu” (w pierwotnej, krótkiej wersji) powstał w czasie pomiędzy złożeniem konkursowego tekstu a ogłoszeniem wyników i został wysłany na konkurs Astrid Lindgren, a potem do wydawnictw.

Jak to się stało, że napisałaś książkę dla młodzieży?

Tak, to z pozoru może wydawać się zastanawiające, bo przecież pierwsze dwie książki były pisane z myślą o dorosłych. Ale wszystkie mają uniwersalny mianownik – humor. Z chęcią pisania dla młodzieży (chociaż uważam, że „Bazanek” jest także dla rodziców) nosiłam się chyba od zawsze. Kiedy byłam małym chłopcem i łaziłam po drzewach (śmiech), zaczytywałam się w Niziurskim i chyba to jego powieści dla wraz z ciętym dowcipem mojego Taty ukształtowały moje ironiczne poczucie humoru. Z drugiej strony fascynuje mnie przyroda, nauka i człowiek. I taką właśnie książkę chciałam napisać – draczną przygodówkę, która edukowałaby bez dydaktycznego smrodku. Jaką miałaby mieć formę, wiedziałam od zawsze. Ale co z treścią? Co z bohaterem? Szukałam daleko, a przecież bohaterowie chodzili mi tuż przed nosem na własnych, włochatych nóżkach. Eureka! Moi synowie – Mateusz i Miłosz, których rozmowy i opowieści szalenie mnie bawią, byli przecież idealni do tego, by odlać ich w literackim spiżu. Jerzy Kozień na podstawie fotografii wyczarował ich rysunkowe postaci. Jego dowcipne ilustracje świetnie oddają ducha książki.

Gdzie toczy się akcja Twoich książek z serii?

Emil i Jonasz Bazankowie mieszkają na pierwszym piętrze willi przy ulicy Wyspiańskiego 41 w Poznaniu. Każda przygoda rozgrywa się w ich najbliższym otoczeniu – w pierwszym tomie w ich domu – od sutereny począwszy, na strychu kończąc. W drugim – w domu i Parku Manitiusa, dawnym cmentarzu i tak jak w książce, znajduje się u wylotu Wyspiańskiego. Do trzeciej części najprawdopodobniej wkroczy stary budynek szkoły i podziemia koło Areny.

Osią opowieści są pozornie zwykłe wydarzenia, które w oczach dzieci urastają do niebywałych rozmiarów, przybierając barwę tajemniczego kryminału, z zagadką i skarbem w tle. Dziwne paczuszki na schodach, czerwone ślady, jęki w ścianach, kupony totolotka z tajemniczymi zapiskami… Podejrzane o złe zamiary są zarówno osoby z zewnątrz- w pierwszym tomie Wątły i Ryba, w drugim Zaprutko, pacjent stomatologa z parteru, jak i wszyscy mieszkańcy – bladolicy student mikrobiologii z sutereny, Zenon Hypki – dentysta o aparycji sępa, czy artystka z poddasza (na poddaszu jest stół do ping-ponga!) – magister sztuk pięknych Eurydyka Kociemba. Bracia B. rozwikłują zagadkę w sojuszu ze swoim kuzynostwem – piątką lub jakąś piątą częścią dzieci ciotki Rajeckiej.

Czy to prawda, że dom, w którym toczy się akcja naprawdę istnieje?

Tak, ten dom stoi naprawdę i to dokładnie pod tym adresem. To mój dom rodzinny. Sporo z tego, co opisuję, istnieje naprawdę (jedyne, co wymyśliłam w topografii willi, to rozkład pomieszczeń na poddaszu artystki). Istnieje więc suterena, ogród, schody i szyba na klatce schodowej, skrzynka na listy, pokoje – wszystko jest dokładnie takie, jakie pamiętam. Pojawiające się na kartach powieści artefakty – kościotrup, proteza nogi czy sztuczna szczęka też istniały i wiązały się ściśle z osobą mojego dziadka-lekarza, z którym mieszkaliśmy. Co prawda szkielet nie był jego osobistym szkieletem, był przechowany w szafce, ale proteza nogi i szczęka już tak. Ręka mumii też jest prawdziwa. Moi synowie siłą rzeczy nie znali mojej babci i dziadka, więc połączyłam ich duchowo między okładkami. „Bazanek” jest dla mnie książką wyjątkową, bo opisuje część mojego prywatnego świata. Bawi mnie to, że pisząc, mogę bezkarnie przechadzać się między prawdą i fikcją i nikt tego nie zauważy.

Jeśli miejsca są autentyczne, to może też postacie bohaterów, mama chłopców?

Tak, Natalia Bazanek to trochę ja, nie ukrywam. Sporo postaci w mniejszym lub większym stopniu ma swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Rajecka, student Broda, Eurydyka Kociemba… Może kiedyś zdradzę, kto się za nimi kryje. W drugim tomie, pt. „Bazanek i tajemnica rodowego medalionu” występuje moja osobista mama, czyli babcia Bazanków oraz nasza kotka Lima – maine coon’ka. Nawet język, którym posługują się postacie, myślę tu głównie o Bazankach, jest zbliżony do tego, jakim zwykliśmy do siebie mówić w domu, kiedy humory nam dopisują. Nieśmiertelne „zaiste” Jonasza jest ciągle w słowniku młodszego Miłosza.

Lubisz zamieszczać otaczający cię świat i istniejące osoby w swoich książkach?

Chyba nigdy nie napiszę niczego, co jest tylko i wyłącznie fikcją. W każdą książkę wplatam trochę mojego życia. Życie fika takie koziołki, że jest niekiedy o wiele ciekawsze niż to, co mogłabym wymyślić. Uważam, że ludziom potrzebny jest bardziej magiczny realizm niż całkowita fikcja. Jeżeli młody czytelnik wie, że w książce znajduje się choć szczypta prawdy, tego wewnętrznego „ja” twórcy, to łatwej mu uwierzyć, że takie przygody są prawdziwe i mogą się stać również jego, czytelnika, udziałem. Myślę, że to w twórczości jest najważniejsze – włożyć kawałek siebie, własnej energii w to, co się robi. Wtedy ktoś z drugiej strony tę energię odbiera. To takie małe czary, które są znane, ale o nich ciągle zapominamy. Przypomnijmy sobie uzdrawiającą moc herbaty z cytryną, którą robi dla nas ktoś bliski, gdy jesteśmy chorzy. To podobne zjawisko.

Czym charakteryzował się dom, który pojawia się w książce?

Dom przy Wyspiańskiego miał swój klimat, to prawda. Mam go w żywej i czułej pamięci. Może mogłam to uczucie wydobyć dzięki temu, że trafiam na miejsca kompatybilne z moją duszą. Może się przyciągamy? Od kilku lat mieszkam w takim właśnie niezwykłym miejscu. Mój obecny dom jest przesiąknięty twórczą atmosferą – tu mieszkał i pracował kompozytor i dyrygent Zbigniew Górny. To tu na przestrzeni kilkudziesięciu lat powstawała muzyka filmowa, tutaj bywał Wodecki i inni ludzie kultury i sztuki. Niesamowite jest móc żyć w takim miejscu. A nie mówiłam, że życie bywa ciekawsze od fikcji?

Co jest dla Ciebie najważniejsze w pisaniu dla dzieci i jak widzisz swojego odbiorcę?

Chociaż piszę żywym, obrazowym językiem, a tekst czyta się migiem, to nie jest on łatwiutki leksykalnie. Staram się wysoko trzymać poprzeczkę, bo wierzę w siłę wyobraźni i inteligencję czytelnika. Nie podkładam się. Dziecko od razu to wyczuwa, tak jak w grze w karty. Chce być traktowane poważnie i tak je traktuję. Wierzę w to, że dzieci są mądre, nie trzeba im niczego ułatwiać. Wygrana jest wtedy cenna i ma smak, kiedy jest nagrodą za włożony wysiłek. Nie podawajmy niczego na tacy, bo to niczego nie uczy.

„Bawić-ucząc i uczyć-bawiąc” – podpisuje się pod mottem Papcia Chmiela, ojca Tytusa, Romka i A’Tomka, na których przygodach się również wychowałam.

Czy pisanie przychodzi Ci łatwo?

Pisanie, a zwłaszcza serii o Bazankach bardzo mnie bawi, ale generalnie pisanie zaliczyłabym do kategorii robót ciężkich. Ile się człowiek namęczy, chodząc z tekstem w ciąży! To chyba najbardziej pracochłonna część pisania – to niepisanie. Postronny obserwator widzi jak jakieś indywiduum szwenda się po domu w poszukiwaniu cukrów bardzo prostych, pije hektolitry herbaty, błądzi po suficie niewidzącymi oczyma, nie odpowiada na pytania, albo odpowiada nie na temat. Generalnie traci słuch oraz zborność ruchów, nawet czasem – o zgrozo – chichra się sam do siebie. Nikt z zewnątrz nie widzi, że w środku pisarza następują jakieś osobliwe procesy fizykochemiczne, jak neurony boleśnie żłobią w mózgu nowe szlaki, jak swędzi go pofałdowany płat literowy.

Powiem przekornie, że z jednej strony nie lubię pisać, ale z drugiej uwielbiam mieć napisane! I dopóki ta druga część procesu jest silniejsza, dopóty będę to robić, więc pewnie jeszcze długo.

Jak wygląda u Ciebie proces twórczy?

Najpierw notuję – fragmenty rozmów, pomysły, słowa. Bazankowe notatki zamieszczam w pięknym czerwonym zeszycie z kwiatową wklejką. Notesy, notatniki, zeszyty to moja słabość. Przyjaciele o tym wiedzą i to właśnie najczęściej od nich dostaję te najpiękniejsze. Mogę ich mieć nieskończoną ilość. Nigdy mi się nie znudzą.

Czasami w środku nocy budzę się, bo mi się coś przypomni, albo wpadam na jakiś pomysł i koniecznie muszę go zapisać. Nie muszę wstawać z łóżka, bo śpię z notesem. Czasem nawet nie zapalam światła, żeby się nie rozpraszać, ale wtedy niechcący piszę po japońsku, którego nie znam i pewnie dlatego rano nie mogę nic odczytać. A zapisać muszę, bo już nie raz tak bywało, że coś, co na pozór wydawało się tak oczywiste i trywialne, że przecież nie wymaga zapisania, tonęło w niepamięci. Na pomysły wpadam też myjąc głowę szamponem rumiankowym. Mam w związku z tym naukową hipotezę, może czytają to neurobiolodzy i potwierdzą: masaż pochylonej nad wanną głowy powoduje, że klepki wpadają na swoje miejsce, także ta piąta, zwykle bardziej obluzowana.

Potem to wszystko montuję z akcją, którą sobie wymyśliłam, trochę przycinam, sztukuję, a na końcu wydawnictwo to pucuje i gotowe!

Monika Krauze Bazanek

Monika Krauze – Z wykształcenia przyrodniczka, z wyboru operatorka klawiatury. Chodzi twardo po ziemi, ale z głową w chmurach. Jest wrażliwa i odważna. Kocha truskawki, słodycze i życie. Wie, że wszystko jest możliwe. Marzy o podróży koleją transsyberyjską, zorzy polarnej i domku na drzewie.
Mieszka z synami i mamą w Poznaniu, w magicznym domu u kotki Limy. Książki pisze od pięciu lat, obecnie pracuje nad szóstą i mentalnie chodzi wokół dwóch kolejnych.
Więcej o autorce tutaj monikakrauze.pl

Bazanek2_strona (002)

Do Emila i Jonasza przyjeżdża ukochana babcia. Opowiada historię o swoim zaginionym magicznym medalionie, który potrafił spełniać życzenia właściciela.
Chłopcy zapragnęli go odnaleźć – każdy z innego powodu. Emil zakochał się w koleżance z klasy, Jonasz jest nękany w szkole przez innego ucznia.
Ale chętnych do skorzystania z magicznego medalionu i jego mocy jest więcej…
Do tego w kamienicy znowu dzieją się dziwne rzeczy. Dlaczego z sutereny dobiegają dziwne krzyki? Co na korytarzu robi wiadro z czerwoną mazią? I kim jest tajemnicza postać w zielonym prochowcu?
Czekają nas dziwne zbiegi okoliczności, wartka akcja, nietuzinkowi bohaterowie, a to wszystko przefiltrowane przez niespożytą wyobraźnię Bazanków.

Bazanek i tajemnica rodowego medalionu. Tom 2
Monika Krauze
il. Jerzy Kozień
Seria: BAZANEK
wyd. Zielona Sowa, 2020
wiek: 9+

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz