Basia się spodobała i pomaszerowała w świat… – rozmowa z Zofią Stanecką i Marianną Oklejak

Pamiętam dyskusję dotyczącą tego, czy w czasie kłótni w „Basi i Mamie w pracy” Tata powinien wypominać Mamie, że chodzi w rozciągniętym dresie i tego, jak dokładnie powinna zareagować na to Mama. Różnice zdań na pewno wynikały z naszych własnych doświadczeń, a rozmowa na ten temat doprowadziła do tego, że scena kłótni rodziców jest jedną z najbardziej przemyślanych w całej serii – mówi Zofia Stanecka w rozmowie z Agnieszką Sikorską-Celejewską.

Agnieszka Sikorksa-Celejewska: Ciekawa jestem jak doszło do narodzin Basi?

Zofia Stanecka: Pierwszą mamą Basi, wtedy jeszcze bezimiennej, była Marynia Deskur, redaktor prowadząca serii. To ona chciała stworzyć cykl książek z rozpoznawalnym polskim bohaterem. Trzy lata temu poprosiła mnie, żebym wymyśliła postać, najlepiej dziewczynkę w wieku przedszkolnym, z którą dzieci mogłyby się identyfikować. Z czasem postać ta miałaby stać się bohaterką nie tylko książek, ale też zeszytów z ćwiczeniami, filmu, gier… Ustaliłyśmy z Marynią, że dziewczynka powinna mieć brata, a książka ma być zabawna, ale też zawierać elementy edukacyjne. Zaczęłam od tego, że wymyśliłam samą postać – jej charakter, wygląd, sposób mówienia. Imię narzuciło się samo, ale nie był to przypadkowy wybór. Parę lat wcześniej mój najstarszy syn miał wymyśloną koleżankę o imieniu Basia. Mieszkała pod półką na książki w kuchni. Syn wkładał jej tam resztki jedzenia, kartki i długopisy, żeby mogła pójść do pracy i kawałki mojej sukienki, które odciął specjalnie po to, żeby Basia miała się w co ubrać. Z czasem Basia dorosła, wyszła za mąż i wyprowadziła się od nas. Ja jednak o niej nie zapomniałam i kiedy zaczęłam myśleć o rezolutnej, nie zawsze grzecznej dziewczynce, wiedziałam, że to po prostu MUSI być Basia. Poza samą Basią wymyśliłam też wtedy i opisałam jej rodzinę – to, jak mniej więcej wyglądają, kto do kogo jest podobny, jaki ma charakter, kim są i jak się poznali rodzice Basi. Kiedy już poznałam całą tę rodzinę, napisałam „Basię i upał w zoo”. Tekst pierwszej książki i krótki opis rodziny Basi Marynia dała dziesięciu ilustratorom. Mieli narysować główną bohaterkę i jedną ilustrację do „Upału w zoo”. Po wybraniu ilustratora Marynia rozmawiała o projekcie z dwoma wydawcami, ale nie byli zainteresowani współpracą. Nie wierzyli, że można wypromować od zera polską serię z zupełnie nowym bohaterem, napisaną przez nieznanego autora. Dopiero wydawnictwo LektorKlett uwierzyło w Basię i wydało nie jeden, ale od razu cztery tomy. Podjęcie takiej decyzji przez szefów LektorKletta, wydawnictwa, które na dodatek dopiero zaczynało wydawać książki dla dzieci, nie było wcale czymś oczywistym. O wiele łatwiej jest wydać książkę już znaną i wypromowaną na zachodzie, niż podejmować ryzyko inwestowania w coś nowego, polskiego, o czym nie wiadomo, czy w ogóle komukolwiek się spodoba. Tymczasem wydawnictwo nie tylko zainwestowało w „Basię”, ale też zajęło się jej promocją z zaangażowaniem rzadko spotykanym na polskim rynku. Krótko mówiąc, „Basia” znalazła się w dobrych rękach! Kiedy trwały już prace redakcyjne nad pierwszą książką, ze współpracy zrezygnował ilustrator. I nie wiadomo, jak by się potoczyły losy całej serii, gdyby nie pojawiła się Marianna. Jej rysunki okazały się tym, o co chodziło. Były zabawne, dopowiadały treść książki, a narysowana przez nią Basia… po prostu była Basią.

Marianna Oklejak Zofia Stanecka_1
Przygody Basi to nie tylko książki. Autorka i ilustratorka wystawiają przedstawienie na podstawie tomu „Basia i upał w zoo”, fot. Ewa Świerżewska

Marianna Oklejak: Kiedy zostałam zaproszona do współpracy, Basia już istniała. Po wielu perypetiach wreszcie trafiła w moje ręce i trzeba było słowo przyodziać w obraz – czyli wymyślić, jak Basia wygląda: jak się ubiera, jak się porusza, jakie robi miny. Czy jest chudziutka, czy krągła? Trzeba było do tego dochodzić poprzez kolejne rysunki, wypróbowywać rozmaite wersje – w końcu ważne było to, by bez pudła narysować postać, która będzie wiernie towarzyszyła tekstowi planowanych początkowo czterech książeczek, a przy tym jako ilustracja doda coś jeszcze od siebie. Zosia nie napisała rygorystycznego „przepisu na Basię” – znałam z tekstów charakterek, wiedziałam o grzywce i brązowych włosach. Resztę trzeba było oddać wyobraźni. I myślę, że się udało. Moja Basia się spodobała i pomaszerowała w świat.

W jaki sposób powstają kolejne części? Czy praca nad nimi przypomina coś w rodzaju inspirującej burzy mózgów czy też po prostu Zofia pisze, a Marianna rysuje?

ZS: Tematy pierwszych czterech tomów ustaliłyśmy wspólnie z Marynią. Propozycje tematów do kolejnych książek pochodzą głównie ode mnie, ale ostateczną decyzję podejmujemy wspólnie z Marynią, która jako przedstawiciel wydawnictwa ma tu ostatnie słowo. Jeśli chodzi o pracę nad tekstem, mam niemal idealną wolność twórczą. Nikt nie narzuca mi tego, co mam napisać ani jak ująć temat. Potem, w trakcie redakcji, zdarza się, że poza zwykłymi poprawkami zmieniam coś pod wpływem sugestii Maryni. Sugestie te nigdy jednak nie narzucają mi gotowych rozwiązań, a ewentualne kwestie sporne najczęściej dotyczą spraw wychowawczych i mają formę dyskusji dwóch matek wymieniających się doświadczeniami. Z tych rozmów zawsze wynika coś ciekawego dla Basi i jej rodziny. Pamiętam dyskusję dotyczącą tego, czy w czasie kłótni w „Basi i Mamie w pracy” Tata powinien wypominać Mamie, że chodzi w rozciągniętym dresie i tego, jak dokładnie powinna zareagować na to Mama. Różnice zdań na pewno wynikały z naszych własnych doświadczeń, a rozmowa na ten temat doprowadziła do tego, że scena kłótni rodziców jest jedną z najbardziej przemyślanych w całej serii. Bardzo sobie cenię to, że Marynia pozostawia mi ostateczną decyzję odnośnie brzmienia i treści tekstu, a jednocześnie jasno i wyraźnie mówi, jeśli znajdzie w nim coś, z czym się nie zgadza. Dzięki temu zawsze liczę się z jej zdaniem i z radością podejmuję pracę nad tekstem za każdym razem, gdy jest to konieczne. Marianna dostaje tekst już po wszystkich poprawkach i może z nim zrobić, co zechce, a w każdym razie ja nie wtrącam się do jej pracy. Ewentualnie, jeśli nie ma tego wyraźnie zapisanego w treści książki, dosyłam jej takie szczegóły jak pora roku, w której rozgrywa się konkretny tom czy dokładny wiek Franka, młodszego brata Basi. Mój tekst i rysunki Marianny trafiają potem do Doroty Nowackiej, która tworzy projekt graficzny serii i dba o to, żeby tekst i rysunki współgrały ze sobą. Dorota wymyśliła logo serii, liternictwo i wygląd basiowych okładek. To ona nadaje ostateczny kształt książce.

MO: Dostaję do zilustrowania gotowy tekst. Nie wchodzę Zosi w paradę. Zresztą mam zaufanie do tego, co i jak Zosia pisze. Taka sytuacja bardzo mi odpowiada – żadna z nas nie narusza autonomii twórczej drugiej, dajemy sobie wolną rękę. A przy tym nie jesteśmy jak jakieś byty osobne – tak się szczęśliwie składa, że nasza wyobraźnia podąża w podobnym kierunku i dobrze się dogadujemy, nie wyklucza to też otwarcia na rozmaite sugestie. Zatem nasza współpraca nie polega jedynie na przekazaniu tekstu, a jednocześnie nie ma nic wspólnego z dyktowaniem. Tyczy się to również czuwającej nad wszystkim Maryni Deskur oraz Doroty Nowackiej, niestrudzonej graficzki, która tekst i ilustracje zgrabnie łączy w swoim projekcie. Wiem, że z ich strony mogę zawsze się spotkać ze szczerymi i konstruktywnymi uwagami, które tak naprawdę są wspierające, a nie w jakikolwiek sposób naruszające moją wolność.

Czy zaskoczyła Was popularność, z jaką spotkał się cykl tych książek?

ZS: Na pewno mnie ucieszyła. I to bardzo. To, że Basia jest lubiana, a dzieci odnajdują w niej kogoś bliskiego, jest dla mnie bezcenne.

MO: Bardzo mnie uradowała. To wielka przyjemność robić coś dla dzieci i dostawać od nich tak silny pozytywny sygnał zwrotny.

Czy przy okazji pracy nad Basią pojawiły się inne pomysły na wspólne dzieła?

ZS: Tak. To lakoniczna odpowiedź, ale boję się więcej mówić o rzeczach, które są tylko w planach. Żeby nie zapeszyć. Prawda jest taka, że przy trójce dzieci znalezienie czasu na pracę dla przyjemności bywa dla mnie problemem. Muszę się przecież wywiązywać z tego, co już zakontraktowane. A przede mną jeszcze książka, którą wymarzyłam wspólnie z Elą Wasiuczyńską i którą mam nadzieję wreszcie skończyć.

MO: Wiele rzeczy kołacze się po głowie. Ale co jeszcze z tego będzie – zobaczymy. Na razie uważam za dobry znak to, że wspólna praca nad jedną książką inspiruje do dalszych projektów, choćby, póki co, w sferze marzeń.

Radość czy trud tworzenia?

ZS: Przede wszystkim radość. Jestem bardzo szczęśliwa i wdzięczna za to, że moja praca polega na pisaniu książek. Jako dziecko marzyłam o tym, że zostanę pisarką, ale ponieważ chciałam też zostać przewodnikiem stada wilków i myślałam o zrobieniu kariery w męskim zakonie franciszkanów, więc trudno uznać te marzenia za jakiś konkret. Mnie samej wydawały się nierealne. W każdym razie nigdy nie realizowałam planu: jak zostać pisarką. To się po prostu stało, w dużej mierze dzięki wsparciu różnych życzliwych osób, które uwierzyły we mnie i zachęcały mnie do pisania. Mam tu na myśli, poza najbliższymi, przede wszystkim Marynię i dr Grzegorza Leszczyńskiego, u którego pisałam pracę magisterską poświęconą „Opowieściom z Narnii” i który pokrzykiwał na mnie, że mój tekst to literatura, a nie praca naukowa. Pisanie daje mi poczucie spełnienia i wolności. A jednak, choć zdarza się, że jakiś tekst wyskakuje ze mnie jak pisklak ze skorupki, o wiele częściej tworzenie tekstu to ciężka praca. Chwile, w których po prostu piszę i jestem zadowolona z efektów, są stosunkowo rzadkie. Zwykle męczę się okropnie. Przerabiam, zaczynam wszystko od początku, zakładam nowe pliki z kolejnymi numerkami oznaczającymi kolejne wersje tekstu. Zdarza się, że się w tym wszystkim pogubię i nie wiem już, która wersja jest tą, na której powinnam pracować. Bywają też chwile kompletnego załamania, kiedy wydaje mi się, że już nigdy nie napiszę nic sensownego, a nawet, że zapomniałam, jak się konstruuje poprawne zdania w języku polskim. Nie lubię tych momentów, ale wiem, że są nieuniknione. Często z tej największej męki powstają potem najlepsze teksty. Wielkim wzorem jest dla mnie nieżyjąca już Irena Jurgielewiczowa. Była przyjaciółką mojej rodziny, a od czasu, gdy skończyłam 15 lat, także i moją. Pomimo tego, że była ode mnie starsza dokładnie o 70 lat, odbywałam z nią długie rozmowy na temat książek, pisania i miłości do pięknej polszczyzny. Irena opowiadała mi o swojej pracy i o tym, jak dużo czasu poświęca na precyzyjne dopracowanie każdego zdania, tak, żeby wyrażało dokładnie to, co chciała powiedzieć, a jednocześnie było samo w sobie piękne. Ta postawa twórcza jest mi bardzo bliska. Nie chcę przez to powiedzieć, że moje książki są szczególnie piękne, bo dobrze wiem, jak wiele im ciągle brakuje. Chodzi mi tylko o takie podejście do pisania, które zakłada pracę nad tekstem i takie tworzenie, które cieszy się z tego, że praca jest pracą, a nie wąchaniem kwiatków.

MO: Radość. Satysfakcja. Choć niekoniecznie oznacza to, że siadam, rysuję i gotowe! Z rysowaniem jest trochę jak z szukaniem – muszę odnaleźć na papierze to, co mam najpierw w głowie i stwierdzić, że to właśnie to. Czasem wiem to od razu – jasne, że to największa frajda! Ale niekiedy trzeba próbować, odłożyć rzecz na jakiś czas i potem do niej wrócić. Wielkim sprzymierzeńcem jest czas, nawet jeśli ostatecznie okazuje się, że najlepsze rysunki powstawały nieoczekiwanie szybko. Czas wszystko weryfikuje.
A poza tym myślę sobie, że jestem wielką szczęściarą – mogę robić to, co lubię i co sobie wymarzyłam w dzieciństwie. Miałam bodaj 4 lata, pamiętam, że akurat rysowałam sobie obrazek o tytule „Miś w starej kuźni”, kiedy rodzice zapytali mnie, kim chcę być. Odparłam, że malarką. „Pokojową?” – zażartowali. „Tak” – odrzekłam z powagą, bo byłam przekonana, że malarz pokojowy to ten, co maluje obrazy, które potem wiszą w pokojach. Zważywszy, że nie widziałam różnicy między ilustracją w książeczce, a reprodukcją jakiegoś Van Dycka w albumie, można powiedzieć, że się to poniekąd ziściło.

Jakie macie sposoby na konflikty i różnice artystycznych wizji?

ZS: Z Marianną współpracuje mi się wspaniale. Mamy podobne poczucie humoru, podobne podejście do wielu życiowych spraw i problemów, i szanujemy nawzajem swoją pracę. Jeśli chodzi o różnice artystycznych wizji, to jak na razie jestem zaskakiwana wyłącznie pozytywnie. Bardzo lubię wyszukiwać na ilustracjach Marianny zabawne szczegóły ukryte w tle, cieszę się, gdy w stojących na półkach w domu Basi książkach rozpoznaję tomy, które sama bym tam umieściła. Takie, wydawałoby się, drobiazgi jak opadające rajstopki Basi, jej wystający spod koszulki goły brzuszek albo uśmieszek Taty patrzącego na Mamę, dopowiadają to wszystko, co jest „pomiędzy słowami” i tworzą z tekstu i rysunków spójną całość. Gdy pisałam „Basię i Dziadków”, z ostatecznej wersji wycięłam szczegóły dotyczące wyglądu Dziadka i cały opis Babci. Gdy Marianna przysłała mi pierwsze szkice przedstawiające Dziadka Henryka i Babcię Krystynę, mało nie spadłam z krzesła. Oboje byli niemal identyczni z tym, jak ich sobie wyobrażałam w czasie pisania. Łącznie z takimi szczegółami jak fryzura i apaszka na szyi Babci. Trudno więc mówić o jakimkolwiek konflikcie. A nawet gdyby kiedyś wystąpił, nie sądzę, żebyśmy się pobiły. Zawsze można porozmawiać przy dobrej herbacie lub kawie, prawda?

MO: Hmmm… wyda się to zbyt cukierkowe, ale między nami nie doszło do takich konfliktów. Mam szczerą przyjemność ilustrowania tekstów Zosi, bo przecież to zawsze komfort móc pracować z tekstem dobrym, świetnie i lekko napisanym, dowcipnym, mądrym. A przy tym takim, który działa na emocje i wyobraźnię – podczas czytania „Basi i Dziadków” spłakałam się jak bóbr, a przy „Mamie w pracy” bałam się i denerwowałam jak Basia.
Mamy z Zosią podobne spojrzenie na wiele spraw i wzajemnie trafia do nas to, co robimy.

Z Zofią Stanecką i Marianną Oklejak rozmawiała Agnieszka Sikorska-Celejewska

Marianna Oklejak Zofia Stanecka
Zofia Stanecka (z lewej) i Marianna Oklejak, fot. Ewa Świerżewska

Zofia Stanecka – absolwentka polonistyki, znawczyni literatury dziecięcej i twórczości C.S. Lewisa. Autorka przygód Basi z serii wydawnictwa LektorKlett, a także autorka licznych baśni (m.in. baśni z różnych stron świata zamieszczonych w atlasach wydawnictwa LektorKlett), opowiadań i wierszyków zamieszczanych w podręcznikach. Zachęcamy do lektury pisanej przez nią specjalnie dla portalu Qlturka.pl powieści: „Tajemnica namokniętej gąbki”.

Marianna Oklejak – absolwentka warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Zajmuje się ilustracją oraz projektowaniem graficznym. Zilustrowała przygody Basi z serii wydawnictwa LektorKlett, a także autorską książkę: „Co okręt wiezie”.

(Dodano: 2010-01-29)