Odkrywane na nowo – ciasto czarownicy

Dzisiaj każde dziecko wie, że czarownice nie spacerują z kotem na ramieniu, nie latają na miotle i rzadko trzymają w dłoni czarodziejską różdżkę. Zamiast patrzeć w szklaną kulę i przewidywać przyszłość, korzystają z komputera i specjalistycznych programów. Okazuje się także, że czarownica może posługiwać się zwyczajnymi, prozaicznymi przedmiotami i za ich pomocą przemieniać świat na chwilę lub dłużej.

Taka właśnie jest mama trzech chłopców z książki Joanny Papuzińskiej (J. Papuzińska, Nasza Mama Czarodziejka, il. A. Krella-Moch, Łódź 2002). Na przykład ciasto przez nią przygotowane nie jest ani gigantycznych rozmiarów babą drożdżową, z której wyskakują puchate kurczęta i bielusieńki królik, ani tortem zdobionym marcepanową koroną z wisienkami, po którego zjedzeniu chłopiec zamienia się w księcia, natomiast dziewczynka w księżniczkę. Jest to bowiem rożek, który zastępuje księżycowi ułamaną cześć. Pewnie smakowałby niczym wyborny, chrupki rogalik, bo opis brzmi dla smakoszy interesująco:„Cichutko wyciągnęła stolnicę, mąkę, jaja, śmietanę i zagniotła wielki kawał żółciutkiego ciasta. Potem wzięła jeszcze parę skórek pomarańczowych i skórkami, jak plastrem, przylepiła ciasto do księżyca.”

Mama z utworu Papuzińskiej czaruje, czyni to jednak w sposób charakterystyczny. Ona po prostu wie, że wszystko jest możliwe. Nie zastanawia się dłużej nad tym, co dzieje się dookoła, lecz działa. Gdy w jej ogródku pojawia się gad przedpotopowy, ścigany przez gromadę mieszkańców miasta, natychmiast roztacza nad nim opiekę. Ludzi wygania, a dinozaura karmi sałatą. Nie obawia się go, jakby był psem z sąsiedztwa albo najzwyklejszym Mruczkiem.

W mieście znajduje się dzwonnica, wymagająca remontu. Ma go przeprowadzić pan inżynier z ekipą robotników. Niestety, zrywa się bardzo silny wiatr, wręcz wichura. Okazuje się tymczasem, że i z szalejącą naturą mama czarodziejka radzi sobie świetnie. Sięga po kłębki nici, druty i szydełko oraz prosi syna, by zabrał latawiec. Gdy nić zaczepia o dach dzwonnicy, mama zaczyna dziergać. Zrujnowaną budowlę szybko okrywa barwny, wełniany kapturek. Przywiązany do ciężkich, drewnianych belek, leżących na ziemi, chroni dzwonnicę przed wietrzyskiem. Rano, gdy pogoda wraca do normy, do prac budowlanych przystępują fachowcy.

Mama czarownica robi rzeczy najzwyklejsze pod słońcem: lepi ciasto bądź dzierga na drutach. Wpada także na pomysł czarowania za pomocą popielniczki z ciężkiego, grubego szkła. Patrzy przez nią na stare, drewniane auto jej synów, stojące na podwórzu. I tak pojazd zamienia się w furgonetkę (dzisiejsze dzieci nie mają pojęcia, czym była popularna nyska lub żuk, dla nich najbliższy samochodowi Papuzińskiej jest pewnie bus). Dzieciaki wyruszają nią w trasę. Silnik warczy, wiatr wieje, najmłodszy z braci śpiewa wniebogłosy z radości. Gdy wracają z wyprawy mama mówi: „Nareszcie! Już mi zupełnie zdrętwiały ręce”.

Czary w wykonaniu mamy nie są niezwykłym rytuałem, jakąś szczególną ceremonią, wymagającą oprawy, przygotowań, rekwizytów i grona zachwyconych widzów. Są jednak chwilami wytrąconymi z codzienności przez to, że momentom nadają rangę wydarzeń specjalnych. Ale tę niezwykłość widzą tylko dzieci, bo ich mama traktuje swoje czary zupełnie normalnie i zwyczajnie. Dla niej przemienianie świata, ulepszanie go, przychodzenie z pomocą tym, którzy jej potrzebują, jest tak naturalne, jak gotowanie obiadu, nakrywanie do stołu czy pielenie w ogródku. W wypadku książki Papuzińskiej czarowanie jest więc formą czułości i opiekuńczości wobec świata. Wyrasta z pochylania się nad słabszymi, kruchymi, smutnymi np. sosną, której ktoś ukradł cień. Mama czarodziejka pewnie zainteresuje niejednego etnografa lub antropologa kultury, bo to osoba, która czaruje, nie czarując. Ot, taki paradoks, który na pewno oczaruje współczesne dzieci, obeznane z postaciami „Witch” oraz zamerykanizowaną kulturą masową.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze dwie postaci w książce i związane z nimi wątki. Chodzi o tatę, głowę rodziny oraz najstarszego chłopca. Mąż czarodziejki wydaje się przeciętnym zjadaczem chleba. Dużo pracuje, często wyjeżdża, nie przepada za maminymi czarami, a gdy jego najbliżsi zamierzają polatać na poduszkach nad miastem oświadcza im: „O, nie! Macie coraz bardziej szalone pomysły! Co powiedzą ludzie, gdy zobaczą cię, Marysiu, fruwającą nad rynkiem?”.

Jednak Pan Pragmatyczny, obawiający się ludzkich sądów, decyduje się na wyprawę poduszkowcem, choć boi się także przewiania i reumatycznych dolegliwości. Chce towarzyszyć swojej rodzinie, świętującej imieniny mamy. To ulepszanie rzeczywistości, praktykowane przez czarodziejkę z mężem i trzema synami, ma wpływ na domowników. Latające poduszki (pamiętam, jak urzekły mnie w dzieciństwie) nie zostały wyczarowane przez mamę, lecz przez jej najstarszego potomka. Chłopiec wpuścił gaz z baloników do poduch, potem je zaszył i już. Oto czary!

Zachowanie ojca i syna świadczy o tym, jak skromna mama w domku z ogródkiem w prowincjonalnym mieście potrafi kreować rzeczywistość i twórczym podejściem do świata zarażać innych. Niewykluczone, że takich domowych czarodziejek jest wokół nas więcej. Może po prostu trzeba się rozejrzeć dookoła, wyłowić takie panie z ich środowisk i poddać się czarodziejskim, mamusiowym wpływom. Warto także pamiętać, że i w nas kryją się siły tego rodzaju.

Agnieszka Urbańska

Nasza mama czarodziejka

Nasza mama czarodziejka
Joanna Papuzińska
il. Aneta Krella-Moch
wyd. Literatura
sugerowany wiek: 4+

(Dodano: 2011-03-30)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz