„Kiedy mały Findus się zgubił” – recenzja książki

O tej książce nic wcześniej nie słyszałam, choć nazwisko autora nie było mi obce. Objawiła mi się ona na bibliotecznej półce i natychmiast oczarowała, jeśli nawet nie „zaczarowała”. Przede wszystkim dzięki niezwykłym ilustracjom Svena Nordqvista, które ogląda się jak film animowany, gdzie tekst tak naprawdę nie jest potrzebny.

Historia jest prosta: staruszek Pettson mieszka sam w domku na wsi, życie wiedzie sielskie, anielskie (co widać!), ale czasem brakuje mu towarzystwa. Pewnego dnia za sprawą sąsiadki trafia do niego mały kotek – Findus. Swym małym istnieniem wypełnia całą przestrzeń Pettsonowego domu. Penetruje wszystkie zakamarki, towarzyszy staruszkowi we wszelakich czynnościach, budzi go skoro świt i każe się bawić. To kot, który jest wiernym słuchaczem opowieści starszego pana o wiejskim życiu, o rodzinie, o dzieciństwie, słucha nawet czytanych artykułów z gazet. Ta „szkoła” owocuje tym, że i Findus przemówi. Nic nie zmąciłoby tej idylli, gdyby nie pewne wydarzenie… Raz Pettsona nie obudził znajomy krzyk: „Obudź się, Pettson! Będziemy się bawić!” Staruszek więc gorączkowo zaczął szukać małego przyjaciela, ale ten jakby zapadł się pod ziemię. Nie było go ani w domu, ani na podwórku, ani w żadnym z zabudowań gospodarskich. A Findus, biedactwo, oczy wypłakał z przerażenia, bo spotkał ogromnego borsuka, który z jakiegoś powodu nie chciał sobie pójść. Kotek schował się w starej skrzyni, gdzie znalazły go mukle. A mukle to małe, ciekawskie i wszędobylskie zwierzątka, które, choć ten ich nie widzi, płatają Pettsonowi mnóstwo figli. W książce dostrzec je można na prawie każdej ilustracji. To one pomagają staruszkowi znaleźć drogę do skrzyni, w której skrywa się zapłakany kotek.

Piękna to i wzruszająca opowiastka o wielkiej sile przyjaźni i spokoju, jaki daje. „[…] potem żyli szczęśliwie po kres swych dni.” – taki jest jej finał, a czytelnikowi nie pozostaje nic innego, jak gorąco w to wierzyć.

Najbardziej cenię Svena Norqvista (który wyglądem nie odbiega znacząco od wizerunku bohatera książki) za kunszt ilustratorski. Podziwiam pomysłowość, poczucie humoru, dbałość o detale, a nawet swego rodzaju „wynalazczość”, bo można doszukać się wielu przedmiotów nieistniejących w rzeczywistości, jak na przykład: szafka na płozach, szufladka do krojenia chałki, filiżanki dla kur, gwoździe prostujące się na sznurze, krzesełko dla kota etc. Szczególnie urzekły mnie kury, które, choć w opowieści tylko raz zabierają głos (zresztą niezbyt mądrze), to pojawiają się tu i ówdzie: śpią na kredensie (jedna ma nawet własną poduszkę), piją herbatę z Pettsonem, a w kurniku czytają gazety i siedzą we własnych fotelach. Właściwie każdej z ilustracji można by poświęcić osobny tekst. Tyle w nich ruchu, zabawnych przedmiotów i szczegółów! Dołączam zatem do rzeszy zachwyconych dzieci i ich rodziców z Niemiec i Skandynawii. A dla tych, których zachęciły moje słowa do odkrywania przygód staruszka Pettsona i kota Findusa, mam dobre wieści: nakładem wydawnictwa Media Rodzina ukazało się już 7 części ich przygód.

Agata Hołubowska*

findus

Kiedy mały Findus się zgubił
tekst i il. Sven Nordqvist
przeł. Barbara Hołderna
wyd. Media Rodzina, 2006
wiek: 3+

(Data publikacji: 2010-02-19)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz