Trochę o niczym, trochę o czekaniu – w lusterku myśli część II

Czy jest jakieś NIC, jeśli go nie ma? – mógłby zapytać dociekliwy przedszkolak lub równie dociekliwy pierwszoklasista po przeczytaniu książki „NIC” Marii Marjańskiej-Czernik i Krystyny Lipki-Sztarbałło. – Owszem, istnieje – odpowiadają autorki – i – a jakże! – ma zagadkową naturę.

Nic

Czytelniku, zatrzymaj się więc w biegu i pomyśl przez chwilę o „niczym”. Jakie ono jest? A więc – NIC jest trochę wędrowcem: przemierza świat, gnane tęsknotą za „Nikim” (co wychodzi na jaw na końcu), ma wolę, działa i zabawia się rzeczywistością, a zwłaszcza – ważnym jej elementem – językiem („NIC wolało się już jednak nie moczyć i gdy tylko piłka znalazła się na samym brzegu, szybko wdrapało się na przepływający obok rower wodny. – Taka przejażdżka w kółko to nic ciekawego – pomyślało sobie NIC. – Nie zajadę tym daleko”). NIC jest swojskie, nawet – sympatyczne, choć również trochę wścibskie, bo wciska się dosłownie wszędzie: w sensie fizycznym NIC to trzyliterowy napis przenikający zmieniające się na każdej stronie tło (autorka ilustracji wymyśliła rzecz, zdawałoby się, najprostszą, choć jest to przecież prostota wielce wyrafinowana). Ani pisarka, ani ilustratorka (obie panie są w takim samym stopniu autorkami tej książeczki) nie próbują nakłaniać dzieci do mozolnej pracy umysłu, lecz, pokazując kolejne przygody swojego bohatera o dziwnym imieniu NIC, stwarzają świetną okazję, by mały czytelnik (doskonale się przy tym bawiący; kto pracował z dziećmi, ten wie, jak bardzo lubią one wszelkie gry słowne) przez chwilę zatrzymał swoją myśl na pojęciu, które jest tak nieuchwytne i tak nieoczywiste i – być może – przyjrzał się jej w miarę uważnie. Czy zobaczy w lusterku myśli coś ważnego? Nie wiadomo. Może nie od razu. Ale z lusterkami tak już jest, że gdy się w nie zerknie raz, ma się ochotę powtarzać tę czynność co jakiś czas. Do tej książeczki też można wracać. Po co? Żeby się zdziwić i zatrzymać w pędzie. Żeby zadać pytania i porozmawiać. No i po to, żeby się po prostu pośmiać.

Na co człowiek czeka? Co to jest czekanie? – może zapytać dziecko, czy też dorosły, po przejrzeniu niewielkiej książeczki „A ja czekam” (jej autorzy to: Davide Cali i Serge Bloch).

Dziecko może być zupełnie małe, takie, które czyni pierwsze kroki w sztuce samodzielnego czytania (słów jest tu niewiele; są i zupełnie puste strony, co, paradoksalnie, ma wielką wymowę) i większe, takie, które ma naturę refleksyjną, ale trochę obawia się dużej ilości tekstu a – z różnych względów – pociągają je obrazki. Dorosły – to może być towarzysz dziecka w lekturze, ale i ktoś, kto dał się porwać iście uwodzicielskiej mocy tej pięknej książeczki. „A ja czekam” to jedna z coraz liczniejszych dziś pozycji o charakterze uniwersalnym, w tym sensie, że z równą siłą może dotrzeć do osób w różnym wieku. Czy wiemy, czym jest czekanie, ten dziwny stan zawieszenia, kiedy czas traci swoją moc, zaczyna biec według jakichś niezwykłych prawideł…? Czujemy, że czekając ocieramy się o Tajemnicę. Nasza myśl, a nawet cała nasza istota wybiega ku temu, co wciąż niewidzialne, zawieszone w nieznanej umysłowi próżni pomiędzy Teraźniejszością a Przyszłością, która się do nas zbliża, ale nie poznaliśmy jeszcze jej oblicza. Wiemy jedynie, że to „coś” już wkrótce nieodwołalnie stanie się naszą Teraźniejszością, czujemy się z tym jakoś związani, ale mamy problem z uchwyceniem związku pomiędzy naszym Teraz a naszym Potem. W tej przestrzeni mieści się czekanie. Takie, na przykład, refleksje mogą się pojawić w naszym lusterku po kontakcie z książką francuskich autorów. Małe dziecko nie zdoła, rzecz jasna, sformułować myśli tak precyzyjnie (jego świat, podobnie jak ono samo i jego język, jest jeszcze zbyt mały), ale prawdopodobnie jakoś je przeczuje. Autorzy dają mu taką szansę. To ważne. Na razie dziecko bierze w dłonie podłużną książkę (jej kształt ma związek z tematem, bo ważną cechą czekania jest przecież dłużenie się czasu) i obserwuje dziwną, czerwoną kreskę (na końcu zwija się w motek włóczki), biegnącą przez kolejne strony. Przybiera ona różne kształty i wymiary (bywa smoczkiem, ozdobą we włosach mamy, łańcuchem na choince, pępowiną, wieńcem pogrzebowym…). Dziecko przeczuwa, że czerwona kreska to jakiś symbol. Takie przeczucie może być pierwszym krokiem na drodze do postawienia pytań, na przykład o to, na co człowiek tak naprawdę czeka i czy rzeczywiście ciągle na coś czekamy… Pytania pojawią się prędzej lub później. To zależy zapewne od wieku czynników, głównie od tego, czy mały odbiorca jest dostatecznie wytrenowany w posługiwaniu się językiem. Jeżeli nawet (na razie) jest wytrenowany mniej, to właśnie teraz pojawia się szansa, że wzruszenie, jakie wywołuje ta niewielka książeczka, będzie tak duże, iż mały odbiorca zechce dokonać wysiłku i poszukać odpowiednich słów, by zatrzymać i wzruszenie, i kiełkującą powoli myśl. Stawianie pytań to wszak niezły sposób, by uchwycić rodzącą się, a potem wędrującą i zmieniającą się myśl. Może uda się nawet obejrzeć ją dokładniej w lusterku…?

Hanna Diduszko

Autorka jest polonistką, pracowała z dziećmi, młodzieżą i nauczycielami; koordynowała prace nad przygotowaniem polskiego wydania Europejskiej Filozoficznej Gazety Dzieci „100”; autorka materiałów metodycznych z dydaktyki filozofii, prezes Stowarzyszenia Edukacji Filozoficznej „Phronesis”; wykładowca literatury dziecięcej i kultury języka w WSP ZNP; stale współpracuje z pismami poświęconymi literaturze dziecięcej; członek Polskiej Sekcji IBBY; obecnie pracownik Muzeum Książki Dziecięcej (Oddział im. H. Rudnickiej na Żoliborzu). Najbardziej lubi śpiewać, myśleć, rozmawiać, czytać i pisać wiersze.

(Dodano: 2009-02-24)

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz